Starszy mężczyzna nie zasługiwał na to aby zostać stratowanym przez rozszalały tłum i wydawać by się mogło, że każdy postąpiłby na jego miejscu w dokładnie ten sam sposób. Przynajmniej miał takie wrażenie. Takie postępowanie wydawało się słuszne. Tak samo jak słuszne wydawało mu się to, żeby stawiać uzdrowicielom wymagania względem wypełnianych przez nich obowiązków. Tak jak od siebie wymagał tego aby dawać z siebie wszystko jako sportowiec i celebryta, tak aby jego kariera gwałtownie nie dobiegła końca i aby jego wypracowana przez lata reputacja nie uległa zaprzepaszczeniu. Wszystko to robił aby zapisać się na kartach Quidditcha złotymi literami.
Dotarcie do Szpitala św. Munga w obecnej sytuacji wydawało się Philipowi stosunkowo trudne, choć magia znacząco ułatwiała transportowanie wszystkich poszkodowanych do najbliższej placówki medycznej. Zawsze wydawało mu się, że uzdrowiciele powinni działać w każdych warunkach, nawet najbardziej kryzysowych. Pomyśleć, że wychodząc w domu wejdzie w sam środek zamieszek, podczas których będzie musiał samemu mieć oczy dookoła głowy i miał szansę wykonać dobry uczynek i kogoś uratować przed byciem stratowanym przez przerażony tłum. Z zadowoleniem oddalił się w stronę swojego domu, zamierzając pozostawić to wszystko za sobą.
Sprawy przybrało naprawdę niekorzystny dla niego odwrót i najgorsze było to uczucie, że pozostawał przytomny, jednak nie mógł się poruszyć. Trafił pod opiekę spotkanego wcześniej uzdrowiciela, który postanowił z pomocą swojego asystenta wpakować go na nosze z zamiarem przeniesienia go do szpitala. Postanowił także rzucić na niego przeciwzaklęcie, które zadziało tak jak należy i poczuł że może poruszyć palcami dłoni, dlatego też je zacisnął i powoli rozluźnił. Uniósł oba ramiona ku górze i postanowił się w pewnym momencie podnieść, usiąść na lewitujących noszach. Rozejrzał się wokół siebie, podnosząc spojrzenie na tego uzdrowiciela i jego asystenta.
— Wstrzymajcie konie! Mój dom nie jest w tę stronę! Rzucone przez pana zaklęcie podziało jak należy i mogę wrócić już do domu, co było moim zamiarem. A jeśli panowie nie chcą mnie puścić to mogą odeskortować mnie prawie pod mój dom. Z pewnością panowie są zbyt zajęci na to. Nic wielkiego mi się nie stało, choć oczywiście mogło. Na szczęście. — Zawołał do nich jak tylko sprawdził swoją sprawność fizyczną i zorientował się, gdzie dokładnie się znajduje i gdzie go zabierają. Nie uważał aby potrzebował hospitalizacji. Nie został poważnie ranny. Co najwyżej się trochę poobijał, co było zaledwie drobnostką w porównaniu do tego, w jakim stanie zdarzało mu się opuścić boisko Quidditcha. Philip także nie przepadał za pobytem w szpitalu. Jeśli uzdrowiciele chcieli go zabrać do Munga, mogli nie rzucać na niego przeciwzaklęć i zrobić to dopiero w szpitalu. Musieli go puścić i tak właśnie się stało, bo uzdrowiciel zatrzymał nosze i pozwolił mu zejść oraz odejść.