Doskonale znający zamiłowanie swojego przyjaciela do roślin i grzebania w ziemi oraz jego biegłość w dziedzinie zielarstwa Philip być może powinien mu złożyć propozycje odpłatnego opiekowania się należącym do niego sadem. Przeszkodą ku temu było to, że Bellamy nie był bezrobotny, tylko pracował w sklepiku zielarskim swojej babci i zajmował się sporządzaniem mikstur oraz pozostałych wyrobów na bazie ziół. Bell jest jednak człowiekiem, któremu z czystym zaufaniem powierzyłby część swoich włości pod opiekę.
— Jak na latające potwory to większość z nich teraz raczy nas swoimi trelami. Darmowy koncert. Mieszkając na co dzień na Ulicy Pokątnej nie mam takiej przyjemności go usłyszeć. Ten hałas dobiegający z tej ulicy jest nieraz nie do zniesienia... dlatego uciekam tutaj od zgiełku magicznego Londynu. Tam też nie pojeżdżę konno albo nie pójdę popływać w jeziorze. — Podchodził do tego zupełnie inaczej, niż Bellamy. Bardziej pozytywnie. W przeciwieństwie do niego spoglądał na niszczycielską aktywność ptaków nieco łaskawszym okiem. Gryzonie okazywały się dla niego już większym utrapieniem, gdyż potrafiły siać spustoszenie w domowej spiżarni. Posiadane przez niego psidwaki potrafiły poradzić sobie ze wszędobylskimi gryzoniami, które najczęściej kończyły w ich bezdennych żołądkach - w końcu były wszystkożerne.
— Mógłbyś unieść za pomocą magii ten kosz w górę? Ja będę zbierać te czereśnie. — Zwrócił się do przyjaciela, rozstawiając przyniesioną przez niego drabinę. Zanim postanowił na nią wejść to jeszcze sprawdził jej stabilność. Ostatnie czego potrzebował to spadnięcie z wysoka wraz drabiną. Stojąc już na drabinie sięgał dłonią po pierwsze czerwieniące się pośród zieleni korony drzewa czereśnie, które zamierzał wrzucać do wiklinowego kosza.
— Jak tak o tym mówisz to w jakimś stopniu chciałbym tego rodzaju stałości. Nawet jak sam nie lubię monotonności w swoim życiu. Chcę czerpać z niego pełnymi garściami. Po prostu... mam wrażenie, że straciłem kontrolę nad częścią swojego życia. — Odpowiedział swojemu przyjacielowi z ciężkim westchnięciem. Stałość wydawała się pożądana, kiedy w jego dotąd poukładane życie wkradł się prawdziwy chaos. Wszystko to przedkładało się na to, że nie układało mu się w życiu i wszystko zdawało się nie iść po jego myśli.
— Nie układa mi się wszystko tak, jak chciałbym żeby się układało. Przerwanie więzi powstałej po niedopełnionym rytuale nie uwolniło mnie od wszystkich jego następstw, ale to zbyt piękny dzień na roztrząsanie tego wszystkiego. — Odpowiedział nie spoglądając przy tym na swojego przyjaciela. Rozmawianie z nim nie przeszkadzało mu w wyciąganiu ręki ku kolejnym gałęziom drzewa i zrywaniu z nich czereśni oraz dorzucaniu ich do tego koszyka. Lakonicznie wspominając o tych wszystkich następstwach nawiązywał do skomplikowanej sytuacji między nim a Laurentem, jaka miała miejsce podczas tego rejsu Crouchów. Z tym wszystkim musiał uporać się samodzielnie. Zwierzanie się komuś również wymagało odwagi.
— Wziąłem również udział w rejsie organizowanym przez Crouchów. Typowa impreza dla bogaczy, warto było się na niej pokazać. Towarzystwo odpowiednie, atrakcje okazały się całkiem przyzwoite i smaczne jedzenie... choć sam nie przepadam za małżami. — Dodał dla zmiany tematu i zarazem podtrzymania rozmowy. Dla Philipa pokazywanie się na takich imprezach stanowiło element dbania o swoją popularność i reputację.