21.11.2023, 11:20 ✶
- Mówisz, że zamiast chusteczki wolisz pufka, który będzie ci czyścił nos? Jesteś obrzydliwy - pokazała mu język. To chyba właśnie dlatego, że nie patrzyła przed siebie, wpadła na mężczyznę - ich przewodnika, potężnego hodowcę pufków i osobę, która rozwieje każdą ich wątpliwość.
- Tak! Jestem Olivia - przedstawiła się, otwierając oczy szeroko ze zdumienia. Spojrzała na Leona z mieszaniną podziwu i rozbawienia. A jednak miał rację. Czasem to było wkurzające, gdy wiedział wszystko o wszystkim, ale częściej jednak było to zabawne i pouczające. Jakoś łatwiej jej było zapamiętywać rzeczy, które mówił do niej Leon - na pewno łatwiej, niż próby zapamiętania tych samych informacji z książek.
- Nawet nie wiesz jak często - Alan wydawał się być uprzejmym, pełnym wigoru mężczyzną. Jeśli poczuł zimno od Leona, to nie zwrócił na nie najmniejszej uwagi. On sam miał zimne ręce, chociaż na szczęście już suche. Pytanie w czym je mył - oby w umywalce. - Te małe potwory rzadko kiedy dają się zamknąć w klatce. Zresztą - nie ma zbytnio powodu, by je zamykać na dłużej. Chyba że dla ich własnego bezpieczeństwa, podczas jakiegoś spotkania albo porządków, gdy drzwi są otwarte.
Gestem zachęcił dzieciaki, by ruszyły za nim. Prowadził ich do tej przybudówki, z której wyszedł przed chwilą. Musiał trochę posprzątać, ale już było w porządku - gdy weszli we trójkę do środka, przywitał ich specyficzny zapach mokrego futerka, trocin i piżma. A potem odgłos, najsłodszy jaki słyszeli chyba w życiu. Był to dźwięk jakby świergolenia z piskami, ale nie takie wysokie, by drażniło uszy. Ich oczom ukazała się ogromna przestrzeń z wydzielonymi boksami. Było też kilka klatek, sporych, w których także były pufki. Klatki te stały w kącie i część była pozakrywana kocami.
- Niedawno urodziły się młode, one i mamy potrzebują spokoju, dlatego są w klatkach. To część o bezpieczeństwie - powiedział, zachęcając ich, by weszli głębiej. - Nie powinno się im przeszkadzać, zdenerwowane mogą nawet zjeść potomstwo. A tu… Druga część bezpieczeństwa.
Boksy były przedzielone niewidzialną ścianą, w którą Alan lekko puknął palcem.
- Inaczej nie nadążyłbym z rozdzielaniem ich. Strasznie szybko się mnożą. Po tej stronie są samice, a po tej samce. Mają też swoje osobne wybiegi - za boksami były zamknięte drzwiczki, zapewne prowadzące do ogródka.
Jeden z pufków podskoczył na widok dzieci, a gdy Alan otworzył drzwiczki, całe stado samic (chyba, jeśli wierzyć temu co mówił mężczyzna, bo ciężko z tej perspektywy było odróżnić samca od samicy) wystrzeliło w kierunku Leona i Olivii. Duża część po prostu ich minęła, goniąc się i próbując dostać do łazienki, która - jak widzieli - teraz była zamknięta na kłódkę. Jeden z pufków, różowy i puchaty, dość duży jak na swój gatunek, wdrapał się po spodniach Leona i strzelił w jego policzek językiem, jakby chciał go pocałować.
- Chyba masz wielbicielkę, jestem zazdrosna - pożaliła się Olivia, patrząc jak różowa kulka bada twarz Leona przy pomocy języka i nosa. Nie zauważyła, że na jej głowie właśnie lądował kolejny z gagatków.
- Tak! Jestem Olivia - przedstawiła się, otwierając oczy szeroko ze zdumienia. Spojrzała na Leona z mieszaniną podziwu i rozbawienia. A jednak miał rację. Czasem to było wkurzające, gdy wiedział wszystko o wszystkim, ale częściej jednak było to zabawne i pouczające. Jakoś łatwiej jej było zapamiętywać rzeczy, które mówił do niej Leon - na pewno łatwiej, niż próby zapamiętania tych samych informacji z książek.
- Nawet nie wiesz jak często - Alan wydawał się być uprzejmym, pełnym wigoru mężczyzną. Jeśli poczuł zimno od Leona, to nie zwrócił na nie najmniejszej uwagi. On sam miał zimne ręce, chociaż na szczęście już suche. Pytanie w czym je mył - oby w umywalce. - Te małe potwory rzadko kiedy dają się zamknąć w klatce. Zresztą - nie ma zbytnio powodu, by je zamykać na dłużej. Chyba że dla ich własnego bezpieczeństwa, podczas jakiegoś spotkania albo porządków, gdy drzwi są otwarte.
Gestem zachęcił dzieciaki, by ruszyły za nim. Prowadził ich do tej przybudówki, z której wyszedł przed chwilą. Musiał trochę posprzątać, ale już było w porządku - gdy weszli we trójkę do środka, przywitał ich specyficzny zapach mokrego futerka, trocin i piżma. A potem odgłos, najsłodszy jaki słyszeli chyba w życiu. Był to dźwięk jakby świergolenia z piskami, ale nie takie wysokie, by drażniło uszy. Ich oczom ukazała się ogromna przestrzeń z wydzielonymi boksami. Było też kilka klatek, sporych, w których także były pufki. Klatki te stały w kącie i część była pozakrywana kocami.
- Niedawno urodziły się młode, one i mamy potrzebują spokoju, dlatego są w klatkach. To część o bezpieczeństwie - powiedział, zachęcając ich, by weszli głębiej. - Nie powinno się im przeszkadzać, zdenerwowane mogą nawet zjeść potomstwo. A tu… Druga część bezpieczeństwa.
Boksy były przedzielone niewidzialną ścianą, w którą Alan lekko puknął palcem.
- Inaczej nie nadążyłbym z rozdzielaniem ich. Strasznie szybko się mnożą. Po tej stronie są samice, a po tej samce. Mają też swoje osobne wybiegi - za boksami były zamknięte drzwiczki, zapewne prowadzące do ogródka.
Jeden z pufków podskoczył na widok dzieci, a gdy Alan otworzył drzwiczki, całe stado samic (chyba, jeśli wierzyć temu co mówił mężczyzna, bo ciężko z tej perspektywy było odróżnić samca od samicy) wystrzeliło w kierunku Leona i Olivii. Duża część po prostu ich minęła, goniąc się i próbując dostać do łazienki, która - jak widzieli - teraz była zamknięta na kłódkę. Jeden z pufków, różowy i puchaty, dość duży jak na swój gatunek, wdrapał się po spodniach Leona i strzelił w jego policzek językiem, jakby chciał go pocałować.
- Chyba masz wielbicielkę, jestem zazdrosna - pożaliła się Olivia, patrząc jak różowa kulka bada twarz Leona przy pomocy języka i nosa. Nie zauważyła, że na jej głowie właśnie lądował kolejny z gagatków.