W życiu, według Aydayi Prewett, były trzy rzeczy, które nigdy nie traciły na wartości. Dobre geny, sztuka i honor. Wszystko inne miało swój czas i miejsce, ale ostatecznie było nietrwałe i dane tylko na chwilę. Dlatego właśnie nigdy nie oceniała ludzi po ich wyglądzie, a raczej po tym jak nosili dane im ciało. Ktoś wyjątkowo piękny, mógł ubierać się niedbale i niechlujnie, szpecąc się w jej oczach bardziej, niż osoba otyła czy ułomna, która potrafiła nosić się szykowanie i z klasą.
Ilekroć widziała Laurenta, mówiła sobie, że jej nauki w tej kwestii - w jego przypadku - nie poszły na marne. Chłopak wiedział jak się odpowiednio ubrać, jak chodzić, jak uśmiechać aby zaskarbić sobie sympatię innych. To, że był przy tym wszystkim po prostu miły dla oka, miało dla pani Prewett drugorzędne, choć wciąż istotne, znaczenie. Gdyby wiedziała, że jego aparycja jest jedynie maską, prawdopodobnie zbeształaby go za ukrywanie jej i oznajmiła, że jego piękno nie pochodzi z urody a z szyku i stylu bycia. Ponieważ jednak Laurent nigdy nie ufał jej na tyle, aby się przed nią odsłonić, nie miała więc możliwości skomentowania tej jego praktyki.
Tego dnia jej syn, również jej nie zawiódł, przywdziewając najzupełniej odpowiedni strój jak na okazję nieformalnego lunchu z rodzicielką w ogrodzie swojej rezydencji rodzinnej. Ponieważ szedł nieśpiesznie, Aydaya miała możliwość przez dłuższą chwilę bezkarnie mu się przypatrywać, odnotowując w tym czasie lekkie wahanie w jego kroku i jakby spięcie w barkach. Czy był przemęczony? Czy znów za dużo czasu spędził w tym swoim rezerwaciku i teraz bolały go mięśnie? A może przyczyna leżała zupełnie gdzieś indziej? Póki co postanowiła nie poruszać tego tematu, odnotowała to jednak na przyszłość i planowała porozmawiać o tym z Vincentem, który - jak ufała - będzie wiedział najlepiej jakie szalone przedsięwzięcia podejmował panicz Prewett w obecnym czasie.
- Witaj synu.- przywitała go, jak zwykle kładąc nacisk na to ostatnie słowo. Zawsze tak go nazywała - kiedy miał lat siedem, piętnaście i dwadzieścia. Choć na pozór wydawałoby się to hojnym z jej strony, zważywszy na to, że tak naprawdę nie łączyły ich żadne więzy krwi, tak naprawdę Aydaya używała tego słowa bardziej jako obelgi, niż wyrazu więzi czy czułości. Było ciągłym przypomnieniem o tym, że jego obecność w jej życiu i nazwisko, które nosił było dane, nie zaś mu należne. Było niemal jak kajdany, które pętały go w tej rodzinie i nie pozwalały mu zapomnieć, że Aydaya przyjęła go pod swe skrzydła, kiedy mogła traktować go jak bękarta, którym w istocie był. - Proszę, usiądź. Poczęstuj się herbatą. - zaproponowała, machając niedbale różdżką. Na talerz stojący przed miejscem, które wybrał sobie Laurent pofrunęły gładko dwie niewielkie kanapeczki z marmoladą, zaś do filiżanki zdobiony imbryk nalał ciepłej, aromatycznej herbaty. Była to specjalna mieszkanka, którą Aydaya sprowadzała z Turcji, pełna bogatych zapachów cynamonu, jabłka, goździków i kwiatu hibiskusa. Sama kobieta pachniała zresztą podobnie - orientalnie i dziko.
Zanim w ogóle odezwała się w odpowiedzi na jego pytania, czarnowłosa kobieta uniosła do ust filiżankę i wypiła kilka niewielkich łyków, jakby zbierając myśli, choć tak naprawdę był to jedynie efekt sceniczny. Całą rozmowę miała dokładnie rozegraną w swojej głowie, ale utrzymywanie rozmówcy w niepewności co do swoich odpowiedzi sprawiało, że zyskiwała nad nim pewną niewielką władzę. Jako matka musiała zaś mieć pewne zasoby władzy nad swoimi dziećmi. Tak właśnie działał jej świat i jej wstążki.
- Tak, było bardzo przyjemnie, dziękuję, że pytasz. - Nie zaprzątała sobie głowy wdawaniem się w szczegóły jej pobytu u Buruków. Laurent przecież i tak nigdy nie był tam z nią, ani nie znał tamtej części rodziny bardziej niż przelotnie. Aydaya czasem myślała, aby go zabrać, bo podejrzewała że Magiczna Menażeria jej ojca zachwyciłaby chłopca, który ukochał sobie magiczne stworzenia bardziej niż ludzi. Nie mogłaby jednak znieść osobistego wstydu i poczucia porażki, więc nie zdecydowała się na to kiedy był młodszy. Potem zaś jego sposób bycia tylko dołożył jej powodów, by nie afiszować się ze swoim przybranym synem przed rodziną.
Potem dodała zaś coś, czego chłopak mógł zupełnie się nie spodziewać.
- Pan i pani Buruk wraz z córkami, przesyłają pozdrowienia.- Tak nic nie znaczące słowa, a jednak tak ociekające znaczeniem. Sugerujące, że w istocie pan i pani Buruk - co oznaczało syna starszego brata Aydayi oraz jego małżonkę - nie tylko wiedzą o istnieniu Laurenta, ale w dodatku mają o nim pochlebną opinię, a nawet istnieje między nimi jakaś zażyłość. Niezrażona reakcją chłopaka, jakakolwiek by ona nie była, kobieta kontynuowała swój wywód.
- Jak zapewne wiesz, wraz z końcem sierpnia skończę pięćdziesiąt lat. W mojej rodzinnej kulturze jest to moment, kiedy tradycyjnie przekazuje się prowadzenie rodu młodszemu pokoleniu. Tak też uczynił mój brat Demir, już trzy lata temu. Niestety nie mogę również udać się na zasłużony odpoczynek, gdyż żadne z moich dzieci nie zdecydowało się do tej pory na ożenek.- zbolała mina i ton jej głosu jak zwykle, kiedy rozmowa schodziła w te rejony, sugerowały, że już od dawna bardzo nad tym ubolewa. Była jednak zadowolona, że nie wycelowała palca prosto w Laurenta - dobrze wiedziała, że to Pandora jako starsza i desygnowana następczyni powinna była przyjąć na siebie ten obowiązek.
Po tych słowach zamilkła, biorąc do ręki kanapkę ze swojego talerzyka i odgryzając drobniutki kęs. Chciała sprawdzić, co Laurent odpowie na to stwierdzenie. Chciała wiedzieć, czy jego podejście do sprawy nie zmieniło się od ostatniej ich rozmowy i czy rozmowa, którą podobno miał przeprowadzić z nim Edward w jakikolwiek sposób zadziałała tak jak powinna.