Najtrudniejszym procesem było teraz dla niego znalezienie punktu, który pozwoliłby mu wyjrzeć na powierzchnię. Bez strachu o to, jak samemu sobie będzie spoglądał w oczy w lustrze (bo już miał z tym problemy, coraz bardziej nie podobało mu się to, co widzi) i o to, jak spojrzą na niego inni. Ci "inni" byli bardzo zdefiniowani. Bo chociaż chciał uznania i pewnego konkretnego odbioru osób wokół, to przede wszystkim poszukiwał uznania w oczach osób, które były najbliżej. Jak właśnie Edward, którego odtrącenie było dla niego najcięższym przeżyciem ostatnich miesięcy. Jeśli nie licząc zabójcy, który odwiedził go w snach. Jednak wyjść na spotkanie jego potrzebom i zachować siebie - całkowicie go to łamało. Był kartką papieru, którą ojciec podarł w swoich rękach i sam teraz próbował się posklejać. Teraz z pomocą Florence. A wkrótce - z pomocą osoby, która miała jakiekolwiek pojęcie na ten temat od strony wykształcenia.
- Wiem... rozumiem. - Niby to wiedział, niby rozumiał, a jednak jakoś... sam nie wiedział. Tak jakby miał przestać być sobą tylko dlatego, że przestanie być tymi osobami, za jakie chciał się podawać. I czym było w końcu to "bycie sobą" jeśli nie udawanie lepszej wersji, jaką się jest? Miał zaakceptować i... no właśnie, to nie chodziło o to, żeby zaakceptować i zupełnie przestać o cokolwiek dbać czy przestać się starać, tak jak Florence powiedziała. Nie potrafił zrozumieć, jak miał pogodzić jedno z drugim. Gdzie miał się zatrzymać, żeby już nie wymiotować własnymi wnętrznościami, bo przecież tak bolał go brzuch.
- Zapytałaś o to, co chciałbym zrobić, gdybym mógł zrobić wszystko. Rzeczy "niemożliwe" byłyby pierwsze do realizacji. Jeśli tylko mógłbym je przekroczyć. - Ale teraz rozumiał, że to pytanie zawierało rzeczy możliwe do realizacji. Takie, które mógłby spełnić. Wiele osób musiało same sobie poradzić z problemami. Nie chciał nawet robić niczego na siłę, bo przecież nie o to chodziło w życiu. Tak jak on wcale nie chciał, żeby na siłę mu pomagali. Jeśli miał popełniać błędy to chciał je popełnić. Ale sam. I z jednej strony nie wahał się prosić o pomoc, kiedy jej naprawdę potrzebował, żeby zniwelować swoje słabe strony, z drugiej strony kiedy zawierucha działa się w jego sercu chował się jak małża w muszli. I nikogo nie chciał do siebie dopuścić. - Mam obowiązki. I chyba nie dałbym rady występować. To coś innego niż zaśpiewać komuś piosenkę. - Mógłby być gwiazdą sceny? Zupełnie nie wiedział. Nie miał zielonego pojęcia, czy by się do tego nadawał. - A gdybym mógł coś zrobić osiągalnego... to chyba chciałbym zostawić to wszystko za plecami, wyprowadzić się, kupić dom, może w Como, we Włoszech, drugi w Anglii. Tylko czy by mnie to uszczęśliwiło? Pewnie na parę chwil. - To było straszne, to co mówił, zdawał sobie z tego sprawę i znów - wcale nie chciał tak brzmieć, tak bardzo tragicznie, jakby nic go nie zadowalało. Naprawdę nie chciał wychodzić na takiego człowieka, ale już kiedyś to powiedział - nigdy nie czuł się naprawdę szczęśliwy. Owszem, miewał szczęśliwe chwile, ale nigdy nie był w swoim życiu po prostu szczęśliwy. - Będę sprzedawał dom w New Forest. Nie chcę już tam mieszkać. Może naprawdę kupię jakiś domek letniskowy w Italii. Zawsze mi się podobały Włochy. Może czas wydać coś z tego złota. - Zgromadzonego żarłocznie i po smoczemu. Selkie kochały błyskotki - Laurent nie był w tym wcale gorszy, a wręcz przeciwnie.