Aydaya wychowywała się w świecie, gdzie okazywanie emocji dzieciom było mile widziane tylko wtedy, kiedy mieściło się w granicach etykiety. Całus w czoło, pogłaskanie po głowie, delikatne przytulenie czy uśmiech, to był szczyty wylewności jakie jej okazywano kiedy była dzieckiem. Nie pamiętała już emocji, jakie to w niej wyzwalało, pamiętała tylko, że zanim dorosła, sama nauczyła się w ten sposób okazywać swoje emocje. A raczej dusić w zarodku wszelkie bardziej wylewne ich przejawy. Z tego też powodu, nie uważała aby jej traktowanie Pandory w jakikolwiek sposób odbiegało od normy. Co zaś do Laurenta...
Przypomniało jej się pewne deszczowe, październikowe popołudnie kiedy chłopak mógł mieć osiem lub dziewięć lat. Wrócił właśnie z przejażdżki i chciał pochwalić się jej czymś, co osiągnął ze swoim rumakiem. W jej pracowni świeciło słońce, ale kiedy otworzył drzwi i przekroczył próg, razem z nim do pomieszczenia wpadł zapach chmur i deszczu. Jego strój do jazdy konnej ociekał wodą, widać było że pędził całą drogę, żeby się jej pochwalić. Kilka chwil później opuścił jej pracownię, zgaszony i niepewny. Bo zamiast zainteresowania i pochwały, usłyszał, że niszczy parkiet, jest niewychowany i Aydaya nie chce go oglądać, dopóki nie nauczy się zachowywać odpowiednio do swojego urodzenia. I zupełnie jej nie obchodzi, że zdobył jakąś tam odznakę czy zrobił z Michaelem jakąś szczególnie trudną sztuczkę.
Była wtedy zmęczona, niewyspana bo jej mąż znów nie pojawił się w sypialni przez całą noc. Była zła na padający od tygodnia deszcz, na Walię i na swój los. Czy była to wina Laurenta? W żadnym wypadku. Czy oberwało mu się rykoszetem, przez parszywy nastrój matki? Absolutnie. Takich sytuacji było zresztą więcej, a z każdą kolejną chłopak coraz lepiej mógł zobaczyć, że Aydaya byłą dla niego ciepła i serdeczna tylko i wyłącznie wtedy, kiedy jej to odpowiadało. We wszystkich innych momentach traktując go co najwyżej z oschłą uprzejmością.
Ona jednak nie miała sobie niczego do zarzucenia, bo tak długo powtarzała sobie, że dar nazwiska jakim Edward obdarował chłopaka, wystarczył za wszystkie niedogodności. I Laurent powinien być wdzięczny za pozycję i status jaki uzyskał, jak gdyby sam o to prosił czy w ogóle prosił się na ten świat.
- Och, tak łatwo chciałbyś się poddać i oddać to wszystko? Wiem, że masz swoje zdanie, ale nie spodziewała bym się, że aż tak niewiele dla ciebie znaczymy. - naprawdę poczuła się urażona. Bo o ile wiedziała, że daleko im do perfekcyjnej i szczęśliwej rodziny, o tyle zawsze uważała, że Laurent chciał być jej częścią. Bo przecież nie mógłby w życiu trafić na nic lepszego. Jak gdyby poziom i status, nawet w parze z patologią, były szczytem ambicji wszystkich ludzi na świecie. Jakby były szczytem jej ambicji, a nie tylko losem, który zgotowało jej zapomnienie jednej nocy i młodzieńcza naiwność.
Jej rysy nieco wyostrzyły się, słysząc jak Laurent wspomina o swojej biologicznej matce. Jeśli chciał wyprowadzić ją z równowagi, to prawie mu się udało. Prawie. Nie był to bowiem pierwszy raz, kiedy chłopak używał tych odniesień jak orężu, niczym zatrutego sztyletu, który wbijał jej pod żebra w odpowiedzi na jej własne ostrza słów.
- Nikt nikogo nie będzie z niczego wypalał. Poza tym ufam, że chciałbyś zamienić przynajmniej parę słów na ten temat z siostrą. Ostatecznie, jeśli byś się nas wyrzekł, to ona pozostała by z tym sama. Nie wiem jak jest między wami ostatnimi czasy, ale nie sądzę, żebyś chciał podejmować takie decyzje za nią. - dodała. Czy świadomie próbowała wbić klin między rodzeństwo? Czy po prostu chciała zagrać na jego przywiązaniu do jedynego członka najbliższej rodziny, który nie traktował go z wyższością? Tak naprawdę z perspektywy Aydayi nie miało to znaczenia. Czepiła by się wszystkiego i każdego sposobu, byle tylko postawić na swoim, włącznie z tymi nieprzyjemnymi.
Po tych słowach znów zajęła się jedzeniem kanapek, w myślach układając już treść listu jaki prześle Pandorze. Dla niej ta kwestia była skończona - przekazała swoje polecenie, rozkaz, prawdę objawioną i nie oczekiwała od rozmówcy niczego innego, niż tylko zaakceptowania jej słów i podjęcia odpowiednich do nich działań. Miała jeszcze napisać list do pewnego starego znajomego, chciała pokazać mu obraz, który przywiozła z Turcji i zaczerpnąć jego opinii na temat rękopisu tomiku wierszy jednej z jej siostrzenic i możliwości wydania go na brytyjskim rynku. Naprawdę miała dużo spraw na głowie, już nie mówiąc o tym jak wiele przygotowań będzie wymagał bal urodzinowy i nie chciała już więcej zaprzątać swoich myśli kłótniami o sprawy matrymonialne dzieci.
![[Obrazek: 95d2a6be96822749cf05e777388d9bf25c7c9f8e.gif]](https://64.media.tumblr.com/cb39096f22490449ce8b7bd8a9e92dcf/e8cefd97277fd265-37/s540x810/95d2a6be96822749cf05e777388d9bf25c7c9f8e.gif)
"Istota nadziemska,
bo przecież żadnej innej nie pokochałby Edward Prewett."
— Laurent Prewett