22.11.2023, 03:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.11.2023, 03:32 przez Alexander Mulciber.)
Stłumił przekleństwo cisnące się na usta, kiedy Ward uniknął ataku serią zaklęć, którą posłał w jego stronę – magiczny blask rozświetlił na chwilę pomieszczenie, kiedy te odbijały się od ścian – czuł, nie, wiedział, że uniknie trafienia rykoszetem, jednak nie był tego taki pewny w przypadku Lestrange’a. Mulciber nie miał czasu, by zastanawiać się nad wszystkimi możliwymi wynikami tej potyczki, więc wyczarował szybko niewidzialną tarczę obronną, która w zamierzeniu miała osłonić jego partnera przed odbitymi zaklęciami, kiedy ten wygrzebywał się spod szczątków szafy z porcelanową zastawą… Dobrze, była szalenie niegustowna, zauważył leniwie Axel, kryjąc się za wyczarowaną tarczą – powodowany jakimś mimowolnym przeczuciem – przed zaklęciem rzuconym od ziemi, prosto na jego nogi. Magiczna bariera rozprysła się, wchłonąwszy zaklęcie wiążące; wreszcie się na coś przydała, ponieważ żadne z krążących tu wcześniej zaklęć paraliżujących Alexa nie zdążyło w nią do tej pory trafić: pokoziołkowały dalej lub wygasły, nie dotykając w żaden sposób Śmierciożerców.
– Nawet, kurwa, nie próbuj – warknął Alexander, przesuwając się w tę samą stronę, w którą wydawało mu się, że rzuci się Tristan. Mulciber kątem oka widział, że Lestrange pewnie trzymał się już na nogach, i również stał z różdżką w gotowości, w niemym porozumieniu zajmując taką pozycję, by mogli zaatakować razem. Wycelował różdżką w Warda w tym samym momencie, kiedy ze szczytu schodów dobiegł ich głos Murtagha… Wszyscy na chwilę się zatrzymali, oceniając sytuację.
Chociaż ton Macmillana był jak zawsze dystyngowany, przebrzmiewająca w nim drwina była niczym paraliżujący jad; Axel uśmiechnął się aż lekko pod maską, przypominając sobie, że w niektórych kręgach przyjaciel był znany jako Grzechotnik… Obietnica przemocy tym bardziej realna, bo padła do akompaniamentu głośnego szlochu i jęków sterroryzowanej kobiety. Najgorsza musiała być jednak protekcjonalna jowialność, z jaką Murtagh traktował mugolaka, bezbrzeżna pogarda, tak namacalna, jak żyły nabrzmiałe na szyi matki Tristana.
Macmillan kończył swoją hipnotyzującą przemowę, jak wąż owijając się wokół resztek nędznej rezolucji walki Warda. Ledwie dotarł do stóp schodów, Axel szybkim ruchem ramienia rzucił – płytkim, acz dosyć rozległym – zaklęciem tnącym, które jak pazury zaryło się w głąb ręki Tristana. Nie zamierzał marnować czasu na pertraktacje z jakimś jebanym dyletantem, nie zamierzał czekać na jego uległość. Straciliby cenny czas. Zapewne sprawił, że Ward zmuszony był wypuścić z rąk różdżkę (w takim wypadku, Axel przywołałby ją do siebie zaklęciem). Spojrzał tylko na Lestrange’a, upewniając się, że ten dalej trzymał aurora na muszce.
- Wypadałoby, by cała rodzina zebrała się razem – powiedział, kierując się w stronę schodów. – Pójdę po starego. Salon czysty – zameldował Macmillanowi. Obrzucił krótkim spojrzeniem tę wywłokę, której Murtagh dalej przystawiał różdżkę do gardła. Poczuł, że serce zaczęło mu bić nieco szybciej, kiedy pomyślał, co może jej zrobić. Axel nie był legilimentą. Zadawał ból w bardziej tradycyjny sposób. Z trudem oderwał wzrok od kobiety. – I zostaw ją świadomą, hm? – rzucił, jakby od niechcenia.
Kiedy sparaliżowane ciało ojca Tristana dołączyło do reszty towarzystwa w salonie, mogli wreszcie zabrać się do roboty.
– Nawet, kurwa, nie próbuj – warknął Alexander, przesuwając się w tę samą stronę, w którą wydawało mu się, że rzuci się Tristan. Mulciber kątem oka widział, że Lestrange pewnie trzymał się już na nogach, i również stał z różdżką w gotowości, w niemym porozumieniu zajmując taką pozycję, by mogli zaatakować razem. Wycelował różdżką w Warda w tym samym momencie, kiedy ze szczytu schodów dobiegł ich głos Murtagha… Wszyscy na chwilę się zatrzymali, oceniając sytuację.
Chociaż ton Macmillana był jak zawsze dystyngowany, przebrzmiewająca w nim drwina była niczym paraliżujący jad; Axel uśmiechnął się aż lekko pod maską, przypominając sobie, że w niektórych kręgach przyjaciel był znany jako Grzechotnik… Obietnica przemocy tym bardziej realna, bo padła do akompaniamentu głośnego szlochu i jęków sterroryzowanej kobiety. Najgorsza musiała być jednak protekcjonalna jowialność, z jaką Murtagh traktował mugolaka, bezbrzeżna pogarda, tak namacalna, jak żyły nabrzmiałe na szyi matki Tristana.
Macmillan kończył swoją hipnotyzującą przemowę, jak wąż owijając się wokół resztek nędznej rezolucji walki Warda. Ledwie dotarł do stóp schodów, Axel szybkim ruchem ramienia rzucił – płytkim, acz dosyć rozległym – zaklęciem tnącym, które jak pazury zaryło się w głąb ręki Tristana. Nie zamierzał marnować czasu na pertraktacje z jakimś jebanym dyletantem, nie zamierzał czekać na jego uległość. Straciliby cenny czas. Zapewne sprawił, że Ward zmuszony był wypuścić z rąk różdżkę (w takim wypadku, Axel przywołałby ją do siebie zaklęciem). Spojrzał tylko na Lestrange’a, upewniając się, że ten dalej trzymał aurora na muszce.
- Wypadałoby, by cała rodzina zebrała się razem – powiedział, kierując się w stronę schodów. – Pójdę po starego. Salon czysty – zameldował Macmillanowi. Obrzucił krótkim spojrzeniem tę wywłokę, której Murtagh dalej przystawiał różdżkę do gardła. Poczuł, że serce zaczęło mu bić nieco szybciej, kiedy pomyślał, co może jej zrobić. Axel nie był legilimentą. Zadawał ból w bardziej tradycyjny sposób. Z trudem oderwał wzrok od kobiety. – I zostaw ją świadomą, hm? – rzucił, jakby od niechcenia.
Kiedy sparaliżowane ciało ojca Tristana dołączyło do reszty towarzystwa w salonie, mogli wreszcie zabrać się do roboty.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat