Geraldine uwielbiała Walię. W niej spędziła swoje całe dzieciństwo, kojarzyła się jej ona z beztroskim czasem spędzonym z ojcem na polowaniach w okolicznych lasach. Był to jej dom, do którego zawsze chętnie wracała. Przeszło jej przez myśl, że jak załatwią sprawę może uda się do rodowej rezydencji, aby zobaczyć, jak się miewa Gerard. Zrobiłaby do dyskretnie, aby nie wpaść na matkę z która miewała dosyć napięte stosunki, szczególnie, że ta ciągle przypominała jej o tym, że jej zegar biologiczny tyka, powinna wreszcie się ustatkować i tak dalej.
Pogoda była nie najgorsza, słońce nieśmiało próbowało przebić się przez zachmurzone niebo. Gerry nie sądziła, że odniesie sukces, ale doceniała te próby.
Panna Yaxley również była przygotowana na wyprawę. Odziana w swój ulubiony płaszcz ze smoczej skóry, po którym zdecydowanie było widać upływ czasu, powinna chyba wreszcie kupić nowy; ciężkie trapery na stopach i skórzane spodnie. Na plecach Ollie mógł dostrzec plecak, w którym znajdowało się jedzenie (nie znosiła głodu, robiła się wtedy bardzo nerwowa, dlatego zawsze brała ze sobą dużo żarcia), woda, piersiówka z czymś rozgrzewającym, ale też z trzy paczki papierosów, gdyby coś poszło nie tak. Przy pasie widać było spory, srebrny sztylet. Geraldine podczas swoich wypraw nie sięgała jedynie po magię, uwielbiała broń białą, pasję tą rozwijała dzięki swojemu ojcu.
- Plan, to trochę za dużo powiedziane. Możemy rzucić zaklęcie, spróbować zlokalizować chatę, a później dyskretnie tam podejść. - Wydawało jej się to najbardziej logiczne w tym momencie. Nie zamierzała zwlekać, więc machnęła różdżką i mruknęła pod nosem zaklęcie, które mogło pokazać ukryte obiekty i ewentualne ślady magii w tym miejscu.
Rzut na rozpraszanie
Sukces!
Slaby sukces...