Murtagh nie lubił chaosu. Ani w swoim życiu, ani w walce. Wszystkie swoje potyczki rozgrywał najpierw strategicznie w głowie, zanim w ogóle podejmował się ich naprawdę. Dzięki legilimencji, często dokładnie wiedział jak zachowa się przeciwnik, choć akurat tym razem zdecydował się póki co nie wykorzystywać swojej umiejętności.
Zadowolony z tego, że towarzysze poradzili sobie z opanowaniem sytuacji na parterze skinął głową Axelowi potwierdzając, że może spokojnie przyprowadzić ojca młodego aurora na dół. Sam zajął się przejściem z kobietą do salonu. Pomieszczenie nie było ogromne, ale zdecydowanie najbardziej przestronne. Poprowadził panią Ward obok kanapy i prawie niedbale popchnął ją na jeden z dwóch foteli.
- Siadaj, suko.- wysyczał cicho, dopilnowując, żeby usiadła w fotelu. Kobieta nawet nie protestowała, widocznie szczęśliwa, że może wyrwać się z jego uścisku. Usiadła, trzęsąc się, z twarzą umazaną świeżymi łzami i włosami w kompletnym nieładzie.
[a]Murtagh tymczasem wydał polecenie Lestrange'owi aby ten pilnował Warda. Nawet nieuzbrojony, młody auror był tutaj najbardziej niebezpieczny, szczególnie jeśli jeszcze nie dostrzegł beznadziei sytuacji w jakiej się znalazł. Nie czekając aż Mulciber wróci z piętra, wskazał Wardowi kanapę naprzeciwko dwóch foteli. Czuł się w tym momencie niczym scenarzysta, przygotowujący scenę pod przedstawienie - upewniając się, że wszyscy aktorzy są na swoich miejscach a widownia ma dobry widok na to co ma się już niedługo wydarzyć przed jej oczami.
- Panie Ward, oczywiście, że nam pan nie wystarczy. Poza tym chyba pan nie wie z kim ma pan do czynienia. Nie jesteśmy jakąś bandą dzikusów czy rzezimieszków. Znajduje się pan w towarzystwie dżentelmanów, więc może pan być pewny, że jako czarodziejowi, nawet wątpliwego pochodzenia, włos panu z głowy nie spadnie. - (Czy pisałam już, że Murtagh uwielbiał słuchać własnego głosu?) Odezwał się do Tristana, przyjmując nieco niedbałą pozę. - Ona natomiast... - spojrzał na jego matkę, uśmiechając się z mieszaniną samozadowolenia, nienawiści i lubieżności.
Nie czekając na odpowiedź Murtagha, wycelował w nią różdżkę i szepnął Legillimens!, wnikając siłą do jej umysłu w poszukiwaniu wszystkich jej najskrytszych sekretów, tego czego w życiu żałowała najbardziej i czego najbardziej się obawiała i wyciągając to na powierzchnię, sprawiając, że w ciągu kilku chwil musiała przeżyć ponownie wszystkie swoje najgorsze wspomnienia, jakkolwiek przyziemne i śmieszne z jego perspektywy by się nie wydawały. "KRZYCZ!" nakazywał jej mentalnie, chcąc żeby Tristan wiedział jak bardzo jego matka cierpiała.
Tortury przerwało mu nadejście Axela z piętra, ciągnącego z powrotem Warda seniora. Wskazał zapraszającym gestem na wolny fotel, gdzie miał nadzieję, że przyjaciel umieści mężczyznę.
- Wspaniale, rodzinka w komplecie. A właśnie, panie Ward, jest pan pewien, że ci mugole to pana rodzice? Widzi pan, wydaje nam się niemożliwe, żeby czarodziej mógł pochodzić z takiego... błota ludzkiego. Jeśli pan się ich wyrzeknie, to możliwe, że stracimy powód aby ich krzywdzić. - zwrócił się bezpośrednio do Tristana, z tym samym co zawsze uprzejmym, spokojnym i dystyngowanym tonem. Jak jednak słusznie zauważył Axel, każde jego słowo ociekało jadem i groźbą, więc gwarancja, że faktycznie zostawi rodziców Tristana w spokoju była praktycznie żadna.
“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight Murtagh Macmillan, Secrets of London