Murtagh nigdy nie należał do osób przesadnie wylewnych. Nie czuł się też specjalnie dobrze w miejscach, gdzie ludzi było niewielu a odległość między nimi sprawiała, że czuli się jak jakieś wtajemniczone inner circle. Skinął głową każdemu, kogo przedstawił mu Stanley z pominięciem Lorraine, której tylko puścił oko. Przecież znali się już całkiem nieźle, zyskując namacalne korzyści ze swojej obopólnej współpracy. I placek pieczony przez jego dziewczyny wcale nie był tego ukoronowaniem. Mieli za uszami o wiele więcej, a ona już niejeden raz wyciągała go za uszy z przysłowiowego rynsztoku, ratując przed jego własnym umysłem.
Poproszony o przedstawienie swoich mocnych stron, czy coś takiego, wzruszył tylko ramionami, gestykulując w stronę dziewczyny uwieszonej na jego ramieniu.
- Dostarczam ciepłych ciał, dowolnych płci i parametrów. Ewentualnie przymykam oko na pewne obszary różnych działalności.- zaufanie zaufaniem, ale Murtagh dobrze wiedział, że nawet najlepsze obietnice, okraszone złotymi słowami i gorącymi zapewnieniami nie były często warte złamanego grosza, kiedy w grę wchodziły pieniądze albo władza. Ewentualnie własne życie. Widział na własne oczy, jak nawet najwierniejsi przyjaciele zdradzali się w mgnieniu oka, kiedy przy ich szyi rozjarzyła się na zielono różdżka. I wcale im się nie dziwił. Sam - choć oczywiście chciał, aby Stanleyowi powodziło się jak najlepiej i żeby jego małe przedsięwzięcie zakwitło i przyniosło soczyste owoce - nie widział siebie kładącego na szali swoje życie. I miał dość ograniczony kredyt zaufania do innych, którzy tak chętnie deklarowali swoją wierność sprawie i pomoc. Po prawdzie, im szybciej i głośniej ktoś wyrażał swoje intencje, tym mniej mężczyzna w nie wierzył.
Kiedy został przedstawiony, zajął miejsce raczej na uboczu, stając przy ścianie w stosownej odległości od innych. Nie był tak dobrze obeznany ze sprawą Toma Elddira więc zamiast wypowiadać się w temacie na którym się nie znał, postanowił słuchać, milczeć i obserwować. Jako legilimenta, musiał opierać się pokusie sondowania umysłów zgromadzonych, pominąwszy może Lorraine, której umysł znał na tyle dobrze, żeby domyślać się co czuje i co myśli w danej sytuacji. Pozostali byli dla niego mniej lub bardziej znani ze słyszenia, ale zdecydowanie nie znajomi.
Kiedy przyjaciółka użyła swojej umiejętności, zamrugał dwukrotnie. Być może to, że był na uboczu jednak mu się opłaciło, bo mógł zręcznie zamaskować fakt, że nagle zaschło mu w ustach i w jego umyśle pojawił się obraz jej delikatnych, blond włosów, rozlanych w nieładzie na poduszce i ust półotwartych do pocałunku. Dość szybko jednak przegnał z głowy te myśli. Co ciekawe, choć większość jego dziewczyn przypominało do pewnego stopnia jego pierwszą miłość, to Lorraine zupełnie go nie pociągała w ten sposób, nawet dzieląc z Dianą tak wiele wspólnych cech wyglądu. Była jego przyjaciółką i za dobrze go znała, żeby mógł komfortowo czuć się z myślą o jakimkolwiek zbliżeniu fizycznym między nimi.
- Jeśli chcemy być pewni lojalności, przysięga wieczysta to jedyny sposób. Można opracować ją w taki sposób, żeby dotyczyła jedynie sprawy, która łączy wszystkich tu obecnych i dopuszczała rezygnację w porozumieniu z pozostałymi osobami. - poparł Lorraine, chociaż samemu nie bardzo uśmiechało mu się składanie takiej przysięgi. Jeśli jednak obowiązywałaby wszystkich, spałby nieco spokojniej wiedząc, że nie zostanie ugodzony metaforycznym sztyletem w plecy. - Ale fakt, zawsze pozostaje nasze słowo honoru. - dodał z przekąsem.
“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight Murtagh Macmillan, Secrets of London