Giovaniemu spodobało się pytanie towarzysza. Proste i idealnie wprowadzające do tematyki. Nie dotykali żadnych problemów filozoficznych, prywatnych opinii, nie pytali o uczucia. Po prostu opisanie faktów. Tego, co się stało.
— No na początku maja to tak zaczęło wiać, żeśmy się nie spodziewali. Bo kto to widział takie wiatry o tej porze roku? — Kontynuował Rob. — Bobowi to złamało starą jabłoń, co ją od kilku lat podpierał w najróżniejszy sposób. No i się skończyło.
Bob westchnął ciężko i pokiwał głową.
— Dużo ludzi też z lasu uciekało. Obawa przed spadającymi gałęziami rozumiem, ale skąd ich w ogóle tylu w tym lesie było? Nie słyszałem, żeby jakiś piknik tam robiono czy coś. I w jakiej panice! I jak dziwnie ubrani! Tobey to nawet złapał jednego, co myślał, że ten nagabuje panienki. Opowiedz, Tobey.
Siedzący dotychczas w milczeniu mężczyzna zamachnął się głową, by grzywka zjechała mu z oczu.
— Jak widzę biegnącą kobietę a za nią w oddaleniu mężczyznę to moim obowiązkiem jest walka — odpowiedział.
— Co tak skromnie? Tobey to złapał za widły i pobiegł za tym dziwakiem w sukience! I weź powiedz, co potem znalazłeś...
— Goniłem go, aż obydwoje nie weszli do budynku, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Wszedłem do środka i to był jakiś szpital... — Tobey na chwilę urwał. — Ale taki dziwny jakiś.
— No, myśmy też tam potem poszli. Przegonili nas, bo zajęci bardzo, ale w ogóle tam nie śmierdziało jak szpitalem. I pielęgniarki też tak inaczej ubrane. Teraz jak już wiem, że to czarodziejów, to żem zły jestem, bo nam by się szpital przydał wiele razy. A wy macie i nie udostępniacie i jak to jest?
Giovanni był ciekawy jak Xenophilius sobie poradzi z tym zarzutem.