22.11.2023, 18:09 ✶
Dostrzegał, że robi się coraz szarzej. Nie podniósł spojrzenia do góry, żeby zbadać, jak wyglądało teraz niebo, ale czuł, że powoli pierwszemu czerwca kończy się czas. Kiedyś musieli stąd iść, rozdzielić się gdzieś. Za jakiś czas ta ręka puści jego bok i wtedy co - kiedy i czy w ogóle znowu go złapie? I dlaczego przejmował się tym aż tak bardzo, skoro dał radę żyć bez niego kilka lat?
Było łatwiej odciąć się od drugiego człowieka, kiedy nie trzeba było robić tego twarzą w twarz. Kiedy można było żyć urojeniami...
- Bo jesteś śliczny - odpowiedział od razu, przybierając flirciarski ton, ale wisząca pomiędzy nimi atmosfera sprzyjała też czemuś innemu - wezbrał się więc w sobie, wydusił z siebie krótkie - Myślałem o... - i zamarł znów, bo to jednak było jakieś takie nędzne, takie kompletnie trywialne myśli, jakie go nachodziły w losowych momentach, miały tę jedną, ważną cechę - były jego. Raczej nieczęsto się nimi dzielił, bo po co, komu i dlaczego? Może czasami jak był pijany, albo bardzo długo nie mógł zasnąć, w przeciwnym razie - nie mógł się odezwać, nawet gdyby spróbował, to z jego ust wydobywał się co najwyżej nieokreślony, zduszony pisk. Tym razem spróbował, ale mówił to bardzo powoli, z przerwami w nieodpowiednich momentach, jak dziecko nieudolnie czytające jakiś tekst, nie wiedzące, gdzie wziąć oddech, gdzie zrobić pauzę, a gdzie przeciągnąć się ze słowami na jednym wdechu. - Nie umiem się domyślić, jaki masz kolor oczu. Myślałem kiedyś, że są brązowe, ale te brązowe wyglądają jednak inaczej. Twoje są jak... - Do czego można było je porównać? Nie potrafił wyobrazić sobie nic o zbliżonej tonacji, ale znał miejsce, które posiadało ich wiele, gdzie światło gasło powoli i znalazłby się tam ten jeden moment, kiedy otaczałby go on. - Jak taka toń wodna, to miejsce, gdzie jeszcze dociera światło, ale już zaraz pochłonie cię ciemność. - Nie znał innego życia niż uczenie się tego wszystkiego na pamięć. Wodę ludzie określali nie jedną barwą, a całą ich paletą. Woda odbijała kolory, tak samo jak odbijała światło. Ostatecznie nie mówiło mu to więc absolutnie nic, no bo przecież nie mógł sobie tego wyobrazić.
Słysząc to o bezbronności, wypuścił z siebie powietrze w sposób sugerujący, że chciał się zaśmiać, ale coś go jednak przed tym powstrzymało.
- Wolałbym, żebyś przy innych trzymał gardę.
To był żart, ale jak każdy wypowiedziany dzisiaj żart niósł ze sobą jakąś dawkę prawdy. Bo to pytanie o zawód, o to czym się zajmował, nie było przecież przypadkowe - coś go w tej wizji silnie irytowało - ten ciepły człowiek obejmujący go ręką, uśmiechający się do niego tylko dlatego, że byli blisko i się przed nim otwierał z jakimiś głupotami, on miał gdzieś tam walczyć i umierać?
- To zadawaj mi te pytania.
Miał najlepszą dzisiaj okazję, żeby uzyskać faktyczną odpowiedź, a nie próbę wydukania czegokolwiek, zwieńczoną porażką i zaciśnięciem oczu.
- Porywczy to jestem ja, on jest po prostu popierdolony. Aaaa i widzę, że masz z nim coś wspólnego. - Nawiązywał do tego braku trafienia delikwenta do więzienia. - Może minąłem się z powołaniem, bo zaczynam dostrzegać wzór rekrutacji. - Ale do tego potrzebowałby oczywiście dokumentów, których nie posiadał.
Przeszło mu przez myśl, żeby tego dodać coś durnego, coś typu jak wywalą mnie z cyrku, to kupię sobie papiery i złożę je do Biura Bezpieczeństwa, na każdej mojej zmianie będziesz musiał zmierzyć się z przeszukaniem spodni od munduru, ale to dopiero była mocna deklaracja. Cain się ledwie co pojawił tutaj i rozgrzebał te wszystkie emocje, a to brzmiało jak próba uszczypnięcia go, żeby się opamiętał (a na tym etapie Flynn bardzo nie chciał opamiętania się którejkolwiek ze stron). Poza tym nie lubił mówić takich rzeczy o czymś nieosiągalnym, a wątpił, żeby mu się w tych czasach udało coś takiego zrobić. Przed wybuchem wojny - pewnie tak. Dzisiaj musiałby liczyć na cud i to, że Crouch by mu w tym pomogła i... Kiedy sobie o niej przypomniał i o tym dziecku co miał dla niej odnaleźć, to w zestawieniu ze słowami o Beltane zrodziła się w nim jakaś taka szalona myśl, że wiedział już, czego od niej chce w zamian za „przysługę”, o ile można tak nazwać coś, do czego cię ktoś przymusił szantażem.
- Czytaliśmy o tym w gazecie - zaczął, poprawiając swoje usadowienie na trawie u jego boku, ale nie odklejając się, chociaż nawet jemu zaczynało robić się gorąco. - Nikt się ze mną nie zgodził, ale dla mnie te artykuły brzmiały, jakby was tam wysłali na śmierć.
Było łatwiej odciąć się od drugiego człowieka, kiedy nie trzeba było robić tego twarzą w twarz. Kiedy można było żyć urojeniami...
- Bo jesteś śliczny - odpowiedział od razu, przybierając flirciarski ton, ale wisząca pomiędzy nimi atmosfera sprzyjała też czemuś innemu - wezbrał się więc w sobie, wydusił z siebie krótkie - Myślałem o... - i zamarł znów, bo to jednak było jakieś takie nędzne, takie kompletnie trywialne myśli, jakie go nachodziły w losowych momentach, miały tę jedną, ważną cechę - były jego. Raczej nieczęsto się nimi dzielił, bo po co, komu i dlaczego? Może czasami jak był pijany, albo bardzo długo nie mógł zasnąć, w przeciwnym razie - nie mógł się odezwać, nawet gdyby spróbował, to z jego ust wydobywał się co najwyżej nieokreślony, zduszony pisk. Tym razem spróbował, ale mówił to bardzo powoli, z przerwami w nieodpowiednich momentach, jak dziecko nieudolnie czytające jakiś tekst, nie wiedzące, gdzie wziąć oddech, gdzie zrobić pauzę, a gdzie przeciągnąć się ze słowami na jednym wdechu. - Nie umiem się domyślić, jaki masz kolor oczu. Myślałem kiedyś, że są brązowe, ale te brązowe wyglądają jednak inaczej. Twoje są jak... - Do czego można było je porównać? Nie potrafił wyobrazić sobie nic o zbliżonej tonacji, ale znał miejsce, które posiadało ich wiele, gdzie światło gasło powoli i znalazłby się tam ten jeden moment, kiedy otaczałby go on. - Jak taka toń wodna, to miejsce, gdzie jeszcze dociera światło, ale już zaraz pochłonie cię ciemność. - Nie znał innego życia niż uczenie się tego wszystkiego na pamięć. Wodę ludzie określali nie jedną barwą, a całą ich paletą. Woda odbijała kolory, tak samo jak odbijała światło. Ostatecznie nie mówiło mu to więc absolutnie nic, no bo przecież nie mógł sobie tego wyobrazić.
Słysząc to o bezbronności, wypuścił z siebie powietrze w sposób sugerujący, że chciał się zaśmiać, ale coś go jednak przed tym powstrzymało.
- Wolałbym, żebyś przy innych trzymał gardę.
To był żart, ale jak każdy wypowiedziany dzisiaj żart niósł ze sobą jakąś dawkę prawdy. Bo to pytanie o zawód, o to czym się zajmował, nie było przecież przypadkowe - coś go w tej wizji silnie irytowało - ten ciepły człowiek obejmujący go ręką, uśmiechający się do niego tylko dlatego, że byli blisko i się przed nim otwierał z jakimiś głupotami, on miał gdzieś tam walczyć i umierać?
- To zadawaj mi te pytania.
Miał najlepszą dzisiaj okazję, żeby uzyskać faktyczną odpowiedź, a nie próbę wydukania czegokolwiek, zwieńczoną porażką i zaciśnięciem oczu.
- Porywczy to jestem ja, on jest po prostu popierdolony. Aaaa i widzę, że masz z nim coś wspólnego. - Nawiązywał do tego braku trafienia delikwenta do więzienia. - Może minąłem się z powołaniem, bo zaczynam dostrzegać wzór rekrutacji. - Ale do tego potrzebowałby oczywiście dokumentów, których nie posiadał.
Przeszło mu przez myśl, żeby tego dodać coś durnego, coś typu jak wywalą mnie z cyrku, to kupię sobie papiery i złożę je do Biura Bezpieczeństwa, na każdej mojej zmianie będziesz musiał zmierzyć się z przeszukaniem spodni od munduru, ale to dopiero była mocna deklaracja. Cain się ledwie co pojawił tutaj i rozgrzebał te wszystkie emocje, a to brzmiało jak próba uszczypnięcia go, żeby się opamiętał (a na tym etapie Flynn bardzo nie chciał opamiętania się którejkolwiek ze stron). Poza tym nie lubił mówić takich rzeczy o czymś nieosiągalnym, a wątpił, żeby mu się w tych czasach udało coś takiego zrobić. Przed wybuchem wojny - pewnie tak. Dzisiaj musiałby liczyć na cud i to, że Crouch by mu w tym pomogła i... Kiedy sobie o niej przypomniał i o tym dziecku co miał dla niej odnaleźć, to w zestawieniu ze słowami o Beltane zrodziła się w nim jakaś taka szalona myśl, że wiedział już, czego od niej chce w zamian za „przysługę”, o ile można tak nazwać coś, do czego cię ktoś przymusił szantażem.
- Czytaliśmy o tym w gazecie - zaczął, poprawiając swoje usadowienie na trawie u jego boku, ale nie odklejając się, chociaż nawet jemu zaczynało robić się gorąco. - Nikt się ze mną nie zgodził, ale dla mnie te artykuły brzmiały, jakby was tam wysłali na śmierć.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.