Niektórzy ludzie byli bardziej wytrzymali psychicznie od innych. Dlatego dużo lepiej znosili przedziwne zdarzenia, które potrafiły zwalić się człowiekowi na głowę w najmniej spodziewanym momencie. Być może z tego powodu, w przeciwieństwie do całej reszty śmiałków, którzy jeszcze niedawno przemierzali nawiedzone trzewia statku widmo, Erik czuł się wypoczęty i uśmiechał się od ucha do ucha, jakby dopiero co wrócił z egzotycznych wakacji. Wyglądał jakby był gotów w każdej chwili pochwalić się całą walizką pamiątek, opalenizną i niezapomnianymi wspomnieniami, które...
Nie no, szanujmy się. To był jeden z najgorszych wieczorów w życiu Erika. Nawet porównując dzisiejsze zdarzenia do walk z zastępami Śmierciożerców na Beltane. Tam przynajmniej jako tako wiedział, jakiego niebezpieczeństwa się spodziewać, ale na Perle Morze? Każdy krok zdawał się zaskakiwać i to nie w ten pozytywny sposób. Gdy dotarli do Ministerstwa Magii, priorytetem Longbottoma stało się doprowadzenie się do porządku. Czy mu się to udało? Cóż, pomniejsze skaleczenia udało się zaleczyć (przynajmniej tymczasowo), a po dwóch szybkich prysznicach w szatni Brygady zdołał zmyć z siebie brud i smród dymu. Nie pomogło to jednak na zmęczenie i złamaną rękę.
Dzięki drobnej pomocy ze strony młodszej siostry, twarz Erika nie wyglądała jakby zamiast na przyjęciu urodzinowym, powinien być w czarodziejskiej klinice, jednak rękę w temblaku było ciężko ukryć. Koniec końców Longbottom przywdział po prostu długą granatową marynarkę, licząc, że w ten sposób, chociaż na trochę ukryje swoje obrażenia przed okiem Nory. Obawiał się tego spotkania, zwłaszcza po tym, jak ostatnio wdali się w kłótnie dotyczące tego, że właśnie nie powinien pchać się w niebezpieczne sytuacje. Cóż... Nie wyszło?
— Żenujący pokaz umiejętności w moim wykonaniu — odparł w stronę Patricka, wykrzywiając usta w grymasie. — Aczkolwiek mogło być gorzej. Zawsze mogliśmy wysadzić się przez przypadek w powietrze....
Nie zdołał dodać o wiele więcej, bo wtedy spośród gości wyłoniła się panna Figg. Erik przełknął głośno ślinę.
— Cześć, Norciu — rzucił słabym głosem, gdy dotarli w końcu do klubokawiarni. Jak zdążył się zorientować, do lokalu zdążyło już trafić kilku innych gości. Uśmiechnął się do przyjaciółki, ściskając w zdrowej ręce wielki bukiet żółtych róż nakrapianych czerwonymi plamkami i dwa mniejsze pakunki. — Zanim cokolwiek zrobisz... Przynoszę dary!
Wyciągnął przed siebie bukiet, co by zapewnić sobie bezpieczną odległość od blondynki. Nie chciało mu się wierzyć, że faktycznie może go w złości zaatakować, jednak nie do końca wiedział czego się spodziewać po ich ostatniej sprzeczce. W dwóch mniejszych torebkach był pluszak w kształcie psidwaka dla Mabel oraz zaklęty kłębek wełny dla Lady, który miał samoczynnie toczyć się po podłodze, odskakiwać i „przyklejać się do ścian”. Atrakcyjna zabawka, jak dla kota, prawda?
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞