22.11.2023, 23:40 ✶
Eden była naprawdę dziwnym stworzeniem (ostrożnie trzeba w jej przypadku operować mianem osoby); kiedy nagle usłyszała łomot i drżenie rozbujanego na stole szkła, a potem spojrzała na zajście, by zobaczyć, skąd ten cały kweres, zamiast się zmartwić, że jego źródłem była głowa Vakela uderzająca o blat bezwładnie, zirytowała się. Gdyby nie fakt, że wróżbita na ten moment był nieprzytomny, nie omieszkałaby zapewne zapytać go uprzejmie, czy może przestać. Strasznie nieznośna była ta kakofonia dźwięków, a i prawie wylała na siebie drinka przez to.
Dolohov był nieobecny duchem jednak wystarczająco długo, by pierwotne, jadowite instynkty Eden ustąpiły miejsca czemuś, czego wyuczyła się na pamięć przez te wszystkie lata - grzeczności na pokaz. Przechyliła głowę z zainteresowaniem, ściągnęła brwi w fałszywym zmartwieniu, po czym położyła dłoń na barku mężczyzny, próbując go delikatnie rozbudzić.
- Żyjesz? - zapytała, posyłając ukradkowe spojrzenie Lyssie, która pewnie zachodziła się w głowę ze zmartwienia, bo w przeciwieństwie do Lestrange nie była bucem wyzutym z empatii. Dolohov uparcie milczał o sekundę za długo, więc potrząsnęła nim ponownie, tym razem bardziej stanowczo; niecierpliwość wzięła górę i objawiła się w tym pozornie opiekuńczym geście.
I wtedy Vakel zmartwychwstał. Eden była przekonana, że to wcale nie była jej zasługa, ale jak przyjdzie co do czego, to zdecydowanie będzie próbowała ją sobie przypisać.
Uśmiechnęła się głupio, widząc nieboski obraz wymalowany kremem na twarzy jasnowidza, ale powstrzymała parsknięcie, by nie zwracać na siebie uwagi - póki był skupiony na doprowadzaniu się do porządku, to pewnie nawet nie miał okazji spostrzec naśmiewania się Eden, a ona nie chciała wyjść na większą zołzę niż musiała. Napiła się alkoholu, by ukryć ten skurwysyński uśmieszek, chcąc zaraz po tym przerwać milczenie i przejąć się w końcu, zapytać, czy wszystko w porządku. Niemniej Vasilij ją ubiegł.
- Wyjątkowo musisz iść sam? To gdzie on utknął, w jakimś innym planie astralnym? - Zapytała, ale nie uraczył jej odpowiedzią na męczące pytanie na temat brata. Zamiast tego pomknął w siną dal, zostawiając jej Lyssę pod opieką.
Eden. Dziecko pod opieką. Dobrowolnie. Chłopu się ewidentnie wszystkie klepki poprzestawiały pod kopułą przy tym upadku.
Spojrzała na Lyssę badawczo, jednocześnie próbując wyczaić jej reakcję, ale zarazem chcąc ocenić, jak trudna będzie opieka nad pannicą. Wyglądała przy tym na zniesmaczoną, ale gdyby dziewczyna chciała dociekać, niechybnie zwaliłaby to na ten cały ambaras. Eden doszła finalnie do wniosku, że w sumie to wcale trudne to nie będzie, bo po pierwsze Lyssa jest już dorosła (Chyba? Na taką wyglądała), a po drugie wcale nie miała zamiaru usłuchać prośby i tutaj siedzieć. Po prostu wstała i szybkim krokiem ruszyła za Vakelem.
Spostrzegła w ostatnim momencie, jak wchodzi do męskiej łazienki, ale wpierw zmroziła ją myśl, że miałaby tam z własnej woli włazić. Poczekała więc grzecznie kilkanaście sekund w bezpiecznej odległości, licząc, że szybko wyjdą, ale jako iż ostatnio nie znała pojęcia cierpliwości, było to wszystko daremne. Westchnęła ciężko i nacisnęła klamkę, wcześniej rozglądając się tylko na prawo i lewo, czy się nikt nie gapi.
Otworzyła drzwi akurat w momencie, gdy Elliott zapytał, co równa się oswobodzeniu z toalety. Zamrugała intensywnie, przenosząc wzrok z jednego gentlemana na drugiego, łącząc wątki w spójną całość. Aż wtem parsknęła serdecznym śmiechem, bo dotarło do niej, że jej bliźniaka ominęło całe przedstawienie na arenie, bo zatrzasnął się w kiblu. Dosłownie musiała się złapać framugi, bo tak zaczęła piać, że nie widziała na oczy i nie była w stanie żadnego wrednego docinka wydusić.
Dolohov był nieobecny duchem jednak wystarczająco długo, by pierwotne, jadowite instynkty Eden ustąpiły miejsca czemuś, czego wyuczyła się na pamięć przez te wszystkie lata - grzeczności na pokaz. Przechyliła głowę z zainteresowaniem, ściągnęła brwi w fałszywym zmartwieniu, po czym położyła dłoń na barku mężczyzny, próbując go delikatnie rozbudzić.
- Żyjesz? - zapytała, posyłając ukradkowe spojrzenie Lyssie, która pewnie zachodziła się w głowę ze zmartwienia, bo w przeciwieństwie do Lestrange nie była bucem wyzutym z empatii. Dolohov uparcie milczał o sekundę za długo, więc potrząsnęła nim ponownie, tym razem bardziej stanowczo; niecierpliwość wzięła górę i objawiła się w tym pozornie opiekuńczym geście.
I wtedy Vakel zmartwychwstał. Eden była przekonana, że to wcale nie była jej zasługa, ale jak przyjdzie co do czego, to zdecydowanie będzie próbowała ją sobie przypisać.
Uśmiechnęła się głupio, widząc nieboski obraz wymalowany kremem na twarzy jasnowidza, ale powstrzymała parsknięcie, by nie zwracać na siebie uwagi - póki był skupiony na doprowadzaniu się do porządku, to pewnie nawet nie miał okazji spostrzec naśmiewania się Eden, a ona nie chciała wyjść na większą zołzę niż musiała. Napiła się alkoholu, by ukryć ten skurwysyński uśmieszek, chcąc zaraz po tym przerwać milczenie i przejąć się w końcu, zapytać, czy wszystko w porządku. Niemniej Vasilij ją ubiegł.
- Wyjątkowo musisz iść sam? To gdzie on utknął, w jakimś innym planie astralnym? - Zapytała, ale nie uraczył jej odpowiedzią na męczące pytanie na temat brata. Zamiast tego pomknął w siną dal, zostawiając jej Lyssę pod opieką.
Eden. Dziecko pod opieką. Dobrowolnie. Chłopu się ewidentnie wszystkie klepki poprzestawiały pod kopułą przy tym upadku.
Spojrzała na Lyssę badawczo, jednocześnie próbując wyczaić jej reakcję, ale zarazem chcąc ocenić, jak trudna będzie opieka nad pannicą. Wyglądała przy tym na zniesmaczoną, ale gdyby dziewczyna chciała dociekać, niechybnie zwaliłaby to na ten cały ambaras. Eden doszła finalnie do wniosku, że w sumie to wcale trudne to nie będzie, bo po pierwsze Lyssa jest już dorosła (Chyba? Na taką wyglądała), a po drugie wcale nie miała zamiaru usłuchać prośby i tutaj siedzieć. Po prostu wstała i szybkim krokiem ruszyła za Vakelem.
Spostrzegła w ostatnim momencie, jak wchodzi do męskiej łazienki, ale wpierw zmroziła ją myśl, że miałaby tam z własnej woli włazić. Poczekała więc grzecznie kilkanaście sekund w bezpiecznej odległości, licząc, że szybko wyjdą, ale jako iż ostatnio nie znała pojęcia cierpliwości, było to wszystko daremne. Westchnęła ciężko i nacisnęła klamkę, wcześniej rozglądając się tylko na prawo i lewo, czy się nikt nie gapi.
Otworzyła drzwi akurat w momencie, gdy Elliott zapytał, co równa się oswobodzeniu z toalety. Zamrugała intensywnie, przenosząc wzrok z jednego gentlemana na drugiego, łącząc wątki w spójną całość. Aż wtem parsknęła serdecznym śmiechem, bo dotarło do niej, że jej bliźniaka ominęło całe przedstawienie na arenie, bo zatrzasnął się w kiblu. Dosłownie musiała się złapać framugi, bo tak zaczęła piać, że nie widziała na oczy i nie była w stanie żadnego wrednego docinka wydusić.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~