To się wydawało takie nieodpowiednie i abstrakcyjne - porzucanie tego, na co tyle lat pracowałeś, z czym związana była twoja rodzina, żeby co? Zacząć sobie śpiewać. Poruszył lekko dłonią w geście mówiącym, że zbytek problemu, chyba szkoda sobie tym zawracać głowy. A może..? Odetchnął i uśmiechnął się poprzez to zmęczenie i wyjałowienie emocjami. Uśmiech kierowany tak do Florence, do własnych myśli jak i do wszystkiego, co się działo w jego życiu i wszystkich ludzi, którzy w tym uczestniczyli i mieli okazję przyłożyć do tego swoją dłoń. Wtrącić swoje pięć groszy w tę zaplątaną, szaloną historię, gdzie niewiele trzeba było kroków, żeby przechodzić z białych, atłasowych salonów prosto do uliczek czerwonych latarni. Niewinność malowano tutaj co najwyżej uśmiechem Laurenta i jego dobrym sercem, które traciło na swoim cieple i blasku, jak przygasał on sam. Jak tracił swoje zasady, swoją stabilność. Powrót na deskę, która była jego tratwą płynącą przez Amazonkę stanowił walkę z piraniami i aligatorami. Najtrudniejszą z tych potyczek było wygrać z własnymi mięśniami, żeby go nie zawiodły i doniosły do celu podróży.
- Może kiedyś. - Był wdzięczny za jej słowa, za zachętę, bo w zasadzie to ona go ośmieliła, to ona sprawiła, że się uśmiechnął, że pomyślał, że rzeczywiście - może kiedyś będzie to możliwe, że się zastanowi, pomyśli, zbierze w sobie odwagę, chęci i przeliczy możliwości na zamiary, kiedy stanie na tych pięknych deskach, na których stało wielu śpiewaków, aktorów i recytatorów, żeby zaśpiewać. Nawet jeśli miałby śpiewać dla siebie samego, albo dla najbliższych przyjaciół czy rodziny. Wiedział, że jego głos miał moc przynoszenia radości ludziom, jeśli tylko wystarczająco się postarał. Lubił to uczucie. Kiedy wpatrywali się w niego tak, jakby sam był obrazem van Gogha czy rzeźbą Michała Anioła. Tak, jakby sam był sztuką.
- Nie będę się śpieszył ze sprzedażą, o to się nie martw. - Szczególnie, że to było dla niego wygodne przenosić się do domu, gdzie miał niedaleko do samej stajni i zarządu New Forest. Mógł korzystać z publicznej sieci, ale po co? Nie zwykły, mimo wszystko, podejmować takich decyzji pod wpływem impulsu. Jedynym mankamentem była ta niechęć, żeby przetapiać pieniądze za nic. Może ktoś chciałby tam zamieszkać tymczasowo, żeby się zaopiekować tym domem..? Może Alexander..? - Jeszcze nie jestem pewien. Gdzieś nad morzem, rzecz jasna. - Tak jakby wymagało to dopowiadania... a chyba nie wymagało? - A może bym kupił mieszkanie gdzieś w Londynie, żeby mieć szybki i bezpośredni dostęp na Pokątną, jeśli naprawdę kupię dom w klimatach śródziemnomorskich. Chętnie skorzystałbym z tego domku, żeby pooglądać okolice i zorientować się w cenach i tak dalej. - Nawiązał do tego domku w Toskanii, które zaproponowała Florence. Lepiej i łatwiej było się skupić na rzeczach przyjemnych i na nie ukierunkować, niż myśleć o dramacie, jaki mogli zgotować Śmierciożercy. Chociaż Laurent w to nie bardzo wierzył. Przecież nie zadzieraliby z Prewettami... prawda? Chyba nie do końca taka prawda. Raczej pobożne życzenia i naiwne myślenie.
Powoli dopił ten truskawkowy sok, jaki został mu sprezentowany. Czy też - koktajl. Smakował go, bo dopiero teraz, z trzecim czy czwartym łykiem dotarł do niego prawdziwy smak tych truskawek. Nie zmienił smaku, nie stał się bardziej truskawkowy. To jego umysł został trochę odblokowany po wypłynięciu chociaż minimum tego syfu. Przez moment pociągnął temat Włoch, mieszkania w innym miejscu, przez moment zapytał o tą Francję, w której mogła żyć, ale delikatnie - nie chciał rozdrapywać ran. Słowa przepływały między nimi - niekoniecznie łatwe i proste. Ale to była Florence - jeśli istniał ktoś, komu mógł powiedzieć dwa słowa więcej, do kogo mógł pójść z prośbą o pomoc... to do kogo, jeśli nie do niej? Nie było takich słów ani gestów, które potrafiłyby wyrazić jego wdzięczność względem niej. W pewnym momencie wstał i przesunął krzesło koło niej, żeby się do niej przytulić. Jej zapach, jej spokojne bicie serca, dotyk delikatny, ale jednocześnie taki pewny. Pewny siebie samej - bo Florence Bulstrode nie potrzebowała ani korony, ani berła, ani tronu ze złota, żeby być królową. Potrzebował tej prostej, matczynej bliskości, czując się jak małe, zagubione dziecko w tym świecie bez marzeń i snów, które niszczyły różane łąki i rozpraszały deszcze płatków stokrotek. Tu jedyne, co można było znaleźć to duszący dym i ogień. Nie w tym domu i nie w objęciach Florence. Ona miała moc, żeby trzymać to za swoimi ścianami, chociaż chyba dopiero teraz naprawdę poczuła, jak blisko była ta wojna i jak mocno skrobała i ocierała się o progi jej domu.