To, że Nokturn jest pojebany - wiedział bez nich. Nie było potrzeba nawet żadnych potwierdzeń na to. Sam fakt tego jak bardzo skrajne osoby przebywały w tym pomieszczeniu, był najlepszym dowodem. Niektóre rzeczy dało się ukrywać lub niedosłyszeć... ale to trzeba było chcieć to zrobić. Udawać, że się nie wie, a tak naprawdę dobrze wiedzieć. Zapamiętać i czekać na odpowiednią chwilę. Czekać, czekać, czekać... i nagle zaatakować z zaskoczenia w momencie kiedy ktoś się nie spodziewał.
Ale też nie przyszli tutaj, aby mordować ludzi - jeszcze nie teraz - ale po to aby coś ustalić, zorganizować, dogadać. Nie było mowy o jakiś mordach czy innych groźbach. Nie w momencie kiedy dopiero raczkowali i nie byli w stanie robić czystek etnicznych we własnych szeregach, tak jak to bywało w większości organizacji.
Stanley pokiwał głową do kuzyna. Nie zmuszał go przecież do współpracy - mógł wyjść w każdym momencie. Dobrze wiedział którą stronę obrał, a dodatkowo byli rodziną. Ufał mu. Wiedział, że go nie wyda ale mógł też liczyć na to samo. Ręka, ręke myje - Tak napewno zrobimy - odparł do niego, kiwając głową, niejako dziękując mimo wszystko za przybycie - tego wymagała jednak kultura. Taki sam gest - pożegnania - skierował do Belli, która chyba bawiła się najgorzej z całego grona.
Sauriel miał rację. Lojalność w tym świecie znaczyła dużo. Borgin wiedział, że Rookwood taki własny jest - lojalny, oddany sprawie, oddany drugiemu człowiekowi. Był kimś na kim można polegać. Kimś kto pójdzie za Tobą w ogień. Był tym kimś, który był im tutaj potrzebny. Oczywiście mógł o tym mówić na głoś... ale pojawiało się jedno pytanie - po co? On to dobrze wiedział. Wiedział, że Stanley ma o nim dobre zdanie i wyraża się w samych superlatywach. Zawsze go doceniał i szanował.
Ciężko się też było nie zgodzić z Maeve. Prawie każdy zasługiwał na ten przysłowiowy "kredyt". Trzeba było podjąć ryzyko i dać innym trochę wolnej ręki, zaufać im, pozwolić się wykazać, sprawdzić na co ich stać i dopiero działać. Jeżeli okazaliby się chorobą, niejako rakiem na zdrowej tkance - zaraz zostaliby odcięci, wyeliminowani - Lepiej żeby pokazał to szybciej, niż później... Ale to się powinno wyklarować całkiem szybko - uśmiechnął się, wsłuchując się w jej kolejne słowa - Nie jesteśmy żółtodziobami. Część z nas ma za swoimi uszami tyle, że by im miejsca w kartotece zabrakło... - odparł. Borginowi jak najbardziej rozchodziło się o niego samego i Sauriela, wszak mieli prawie skompletowane checklisty Genewskie i tylko kilka rzeczy im zostało... były to jednak rzeczy do których nigdy by się nie zniżyli we dwójkę - Ale zgodzę się w kwestii konkretów. Potrzebujemy dobrej roboty, może niejako rozgłosu po którejś z akcji. To na pewno pomoże w pertraktacjach z Madame Chang - dodał od siebie do jej wypowiedzi. Sprawnym ruchem głowy, kiwnął w kierunku Maeve, tym samym dziękując jej za jej wypowiedź w tej sprawie.
Lorraine też miała sporo racji. Za złamanie przysięgi, często lądowało się w piachu... albo na kolanach po cruciatusie. Dobrze, że Malfoy posiadała coś tam w swojej główce i pewnie było to dużo więcej, niż przeciętny uczestnik tego Kongresu, ale powstrzymała się przed wypowiedzeniem swoich słów do Sauriela. Lepiej go było nie złościć.
Czy Stanley z Saurielem byli brawurowi, często operowali bez planu, który wymyślali na prędce przed akcją? Oczywiście, że tak. Działali tak chyba od zawsze, niemal od zarania dziejów... Czy im to przeszkadzało? Nie. Do tej pory nikt nie rozgryzł ich planu. Pewnie dlatego, że nie dało się rozgryźć czegoś, co nie istniało.
Leo był już chyba kupiony, a może wręcz sprzedany Lorraine. Ahh, te wiły... Borgin, aż w to nie dowierzał ale w sumie się nie dziwił. Maeve też była skłonna współpracować. Malfoyówna i Rookwood też. Murtaghowi chyba przepaliło styki od tych wszystkich raportów w Ministerstwie, że chciał bawić się w jakieś obrady odnośnie treści umowy - uznał jednak, że koniec końców on też był skłonny do tego typu rozwiązań. A Stanley? Nie mógł sobie wymarzyć lepszego towarzystwa - matka Chrzestna, Ananasek, wspólniczka od kredytu, pojebany lekarz i alfons z Ministerstwa. To była tak nierealna grupa, unikatowa i z tak przerytymi beretami, że głowa mała - Proponuję rozwiązać sprawę Elddira. To będzie nasz test. Wszystkich razem ale i z osobna - zaczął, zaraz po słowach Lorraine - Zobaczymy na co kogo stać. Kto co potrafi. Kto jaki jest... I przede wszystkim na kim można polegać i ufać. Sądzę, że wtedy będzie mogli się zacząć bawić w słowa honoru, które złożymy pomiędzy sobą - przeleciał wzrokiem po wszystkich, wertując ich rekacje - I to dopiero będzie początek tej współpracy, która będzie słodka - dodał, nie zakładając, że cokolwiek mogłoby nie pójść po ich myśli. W końcu bez problemów, tworzyli sobie własne.
- Sprawa Eldirra, a raczej jej zakończenie da nam wszystko czego potrzebujemy - stwierdził - Trochę rozgłosu, pewności siebie. Da nam rozpędu w skrzydła. Pozwoli nam się sprawdzić - puknął kilkukrotnie w blat stołu - Będzie pot, będą łzy ale będzie duża satysfakcja jak już skończymy - westchnął - Także jeżeli ktokolwiek nie ma zamiaru się zaangażować na 100 procent... Niech lepiej opuści w tym momencie ten lokal. W innym wypadku... - przejechał po swojej brodzie - Witam na pokładzie - skwitował, biorąc w końcu łyka ze swojej szklanki.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972