23.11.2023, 09:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.11.2023, 11:12 przez Brenna Longbottom.)
Zazwyczaj Brenna bardzo uważnie obserwowała otoczenie. Drobiazgi na półkach, kolor ścian, to czy we wnętrzu panował porządek, czy nie, wiele mówiło o człowieku. A Brenna była gliną, córką gliny, bratanicą glin, wnuczką gliny... i tak dalej... i w dodatku widmowidzem. Dostrzegania różnych szczegółów nauczyła się jeszcze jako dziecko, nawet jeżeli bardzo nie lubiła pokazywać innym, że je zauważyła. Tym razem jednak, chociaż pewne rzeczy wyłapywała, nawet nie próbowała ich analizować, bo jej myśli biegły zupełnie innymi torami. Podobnież paplanie Lety Crouch normalnie Brennie by ani trochę nie przeszkadzało. Sama w końcu zwykle była gadułą, ba, lubiła inne gaduły, bo albo się do nich przyłączała, albo mogła pozwolić, by ktoś inny przejął pałeczkę i sama dla odmiany trochę posłuchać. W tej chwili jednak naprawdę wolałaby, aby klątwołamaczka zabrała się do łamania rytuału, bo tkwienie tutaj i wyczekiwanie… było po prostu stresujące.
W końcu jednak zabrała się do rzeczy, a Brenna zamarła w nienaturalnym wręcz bezruchu, bo wszak takie polecenie otrzymali i zdołała nawet powstrzymać się przed wodzeniem spojrzeniem za Crouch. Nie drgnęła, kiedy oblepił ją dym, ani nawet wtedy, kiedy przez moment znów czuła istnienie tej łączącej ich nici równie mocno, jak w maju – i kiedy nagle to wrażenie znów znikło. Nie ruszyła się i nie odezwała nawet gdy dym zaczął opadać.
Victoria wspominała, że czuła, jakby wyrwano jej serce. Sauriel z kolei podobno zdawał się odczuwać szczęście i ulgę. Oboje jednak wyłapali od razu różnicę.
U Brenny, poza tym krótkim momentem, gdy… coś pękło, nie było niczego nowego. Nic się nie zmieniło. W pierwszej chwili przeraziła się, że nie podziałało – zaraz jednak pomyślała, że po pierwsze, każdy mógł odczuwać to indywidualnie, po drugie, może chodziło tutaj o czas. Przecież początkowo wariowała dużo bardziej niż w czerwcu, a w lipcu już przestało szarpać. Może więc nie czuła zmiany dlatego, że zwlekali dłużej niż Victoria i Sauriel - i zwyczajnie uczucia podsycone magią zdążyły się ulotnić same, nic więc nie wydarto, a wszystko, co zostało, należało tylko do niej. Nie była jeszcze pewna, co to było i jak się z tym czuje, ale na pewno tkwiła w tym ulga, bo przynajmniej on się wreszcie wyśpi, a ona nie będzie się martwić, czy pewnego dnia przeglądając raporty, auror nie połączy zbyt wielu faktów. I nieważne, co będzie dalej, przecież powiedziała nie tak dawno Victorii. Jak się wywali, wstanie, otrze krew z nosa i pójdzie dalej.
– Taaak… Też to czułam. Chyba jest złamana – stwierdziła, po czym uśmiechnęła się do niego, uśmiechem, który jej matka, brat i siostry na pewno już dawno nauczyli się kwalifikować jako „Bren zaraz w coś wpakuje siebie albo nas”. – Jasne, wszystko dobrze. A czy się zmieniło, to spokojnie, jeszcze dziś się upewnimy, świetnie się składa, że mam coś do zrobienia.
Odwróciła się i przestąpiła nad granicą runicznego kręgu i ze szczerą wdzięcznością uśmiechnęła się do Alethei.
- Dziękuję, pani Crouch. To umówiona zapłata. Nie będę teraz zabierać więcej pani czasu, chociaż być może kiedyś zgłoszę się w jakiejś innej sprawie - powiedziała, wyciągając z kieszeni sakiewkę, by położyć ją na pierwszej powierzchni płaskiej, jaka się nawinęła. Ta była pękata, bo Crouchówna słono liczyła sobie za usługi, a Brenna w tej sprawie nie zamierzała żałować pieniędzy i nie próbowała się targować. Przez chwilę rozważała, czy nie wspomnieć, że liczy na dyskrecję, ale to chyba rozumiało się samo przez się. A jeżeli Alethea nie zechciałaby takiej dochować, Brenna nie mogła jej do milczenia zmusić. Z kolejnymi zleceniami... też miała zamiar przyjść.
Bo przecież nawet wybranie właśnie Crouch, pomijając że faktycznie zdawała się najlepsza do tego zadania, było do pewnego stopnia ze strony Brenny wyrachowaniem. Kolejne zlecenie dla niej budowało pewną relację, pozycję stałej klientki, której zadaje się coraz mniej pytań. Zakon mógł przecież znowu potrzebować fałszerza.
- Cześć, Atreus. Jeśli dziś wieczorem niczego nie wyczujesz, znaczy, że wszystko podziałało jak trzeba - rzuciła jeszcze do aurora, a potem nie czekając nawet na odpowiedź któregoś z nich skierowała się do drzwi, by po chwili wyjść na jasno oświetloną przez słońce ulicę Pokątną i ruszyć do najbliższego punktu aportacyjnego.
Chciała znaleźć się gdzieś sama ze swoimi myślami. I absolutnie nie pozwolić sobie na zostanie tutaj na tyle długo, by ryzykować, że przypadkiem pojawiłoby się w jej aurze, kiedy już opadnie pierwszy zamęt, z którego sama nie umiała niczego wyłowić. A później… później faktycznie chciała przetestować, czy to zadziałało, zajmując się czymś, co ostatnio odkładała. Może to była idealna pora, by zabrać jednego z kompanów do popełniania zbrodni na obiecany mu kiedyś „spacer”?
W końcu jednak zabrała się do rzeczy, a Brenna zamarła w nienaturalnym wręcz bezruchu, bo wszak takie polecenie otrzymali i zdołała nawet powstrzymać się przed wodzeniem spojrzeniem za Crouch. Nie drgnęła, kiedy oblepił ją dym, ani nawet wtedy, kiedy przez moment znów czuła istnienie tej łączącej ich nici równie mocno, jak w maju – i kiedy nagle to wrażenie znów znikło. Nie ruszyła się i nie odezwała nawet gdy dym zaczął opadać.
Victoria wspominała, że czuła, jakby wyrwano jej serce. Sauriel z kolei podobno zdawał się odczuwać szczęście i ulgę. Oboje jednak wyłapali od razu różnicę.
U Brenny, poza tym krótkim momentem, gdy… coś pękło, nie było niczego nowego. Nic się nie zmieniło. W pierwszej chwili przeraziła się, że nie podziałało – zaraz jednak pomyślała, że po pierwsze, każdy mógł odczuwać to indywidualnie, po drugie, może chodziło tutaj o czas. Przecież początkowo wariowała dużo bardziej niż w czerwcu, a w lipcu już przestało szarpać. Może więc nie czuła zmiany dlatego, że zwlekali dłużej niż Victoria i Sauriel - i zwyczajnie uczucia podsycone magią zdążyły się ulotnić same, nic więc nie wydarto, a wszystko, co zostało, należało tylko do niej. Nie była jeszcze pewna, co to było i jak się z tym czuje, ale na pewno tkwiła w tym ulga, bo przynajmniej on się wreszcie wyśpi, a ona nie będzie się martwić, czy pewnego dnia przeglądając raporty, auror nie połączy zbyt wielu faktów. I nieważne, co będzie dalej, przecież powiedziała nie tak dawno Victorii. Jak się wywali, wstanie, otrze krew z nosa i pójdzie dalej.
– Taaak… Też to czułam. Chyba jest złamana – stwierdziła, po czym uśmiechnęła się do niego, uśmiechem, który jej matka, brat i siostry na pewno już dawno nauczyli się kwalifikować jako „Bren zaraz w coś wpakuje siebie albo nas”. – Jasne, wszystko dobrze. A czy się zmieniło, to spokojnie, jeszcze dziś się upewnimy, świetnie się składa, że mam coś do zrobienia.
Odwróciła się i przestąpiła nad granicą runicznego kręgu i ze szczerą wdzięcznością uśmiechnęła się do Alethei.
- Dziękuję, pani Crouch. To umówiona zapłata. Nie będę teraz zabierać więcej pani czasu, chociaż być może kiedyś zgłoszę się w jakiejś innej sprawie - powiedziała, wyciągając z kieszeni sakiewkę, by położyć ją na pierwszej powierzchni płaskiej, jaka się nawinęła. Ta była pękata, bo Crouchówna słono liczyła sobie za usługi, a Brenna w tej sprawie nie zamierzała żałować pieniędzy i nie próbowała się targować. Przez chwilę rozważała, czy nie wspomnieć, że liczy na dyskrecję, ale to chyba rozumiało się samo przez się. A jeżeli Alethea nie zechciałaby takiej dochować, Brenna nie mogła jej do milczenia zmusić. Z kolejnymi zleceniami... też miała zamiar przyjść.
Bo przecież nawet wybranie właśnie Crouch, pomijając że faktycznie zdawała się najlepsza do tego zadania, było do pewnego stopnia ze strony Brenny wyrachowaniem. Kolejne zlecenie dla niej budowało pewną relację, pozycję stałej klientki, której zadaje się coraz mniej pytań. Zakon mógł przecież znowu potrzebować fałszerza.
- Cześć, Atreus. Jeśli dziś wieczorem niczego nie wyczujesz, znaczy, że wszystko podziałało jak trzeba - rzuciła jeszcze do aurora, a potem nie czekając nawet na odpowiedź któregoś z nich skierowała się do drzwi, by po chwili wyjść na jasno oświetloną przez słońce ulicę Pokątną i ruszyć do najbliższego punktu aportacyjnego.
Chciała znaleźć się gdzieś sama ze swoimi myślami. I absolutnie nie pozwolić sobie na zostanie tutaj na tyle długo, by ryzykować, że przypadkiem pojawiłoby się w jej aurze, kiedy już opadnie pierwszy zamęt, z którego sama nie umiała niczego wyłowić. A później… później faktycznie chciała przetestować, czy to zadziałało, zajmując się czymś, co ostatnio odkładała. Może to była idealna pora, by zabrać jednego z kompanów do popełniania zbrodni na obiecany mu kiedyś „spacer”?
Postać opuszcza sesję
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.