16.11.2022, 20:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.11.2022, 20:10 przez Florence Bulstrode.)
- ĆWIR! – dobyło się z ust… czy raczej dzióbka dziewczynki, bo jak się okazało, transformacja nie tylko przyprawiła ją o olbrzymie skrzydła, którymi zaczęła bić wściekle, gdy magiczna lina oplotła się wokół jej kostki i zaczęła przyciągać dziecko ku Fernah. Ta zdawała się niezbyt zachwycona takim obrotem spraw. Dała temu wyraz głośnym ćwierkaniem, a także… atakiem na ręce panny Slughorn, bo najwyraźniej bardzo chciała ją podziobać.
Florence tymczasem nadciągnęła korytarzem. Nie rzuciła się od razu w stronę ojca i latającej córki, bo jeden z chłopców podjął próbę czmychnięcia na bok. Dłoń uzdrowicielki zacisnęła się bezlitośnie na jego karku.
- O nie, młody człowieku, ty idziesz ze mną. Obaj idziecie ze mną – oświadczyła stanowczo, jedną ręką ciągnąc za sobą chłopca, a drugą chwytając za kołnierz drugiego, który – oczywiście – widząc, że pochwycono jego brata, również podjął próbę ucieczki. Jakiś pacjent wyjrzał z pokoju, zwabiony zamieszaniem i teraz chichotał złośliwie. Uzdrowicielka, przechodząca obok, przyspieszyła, rzucając coś o tym, że bardzo się spieszy, pewnie nie chcąc być wciągniętą w tę całą absurdalną sytuację.
Dziecko – ptak atakowało Fernah. A Florence z pewnym trudem starała się utrzymać dwóch chłopców, nie mogąc przez to pomóc stażystce. Jeden z nich nawet w swoich staraniach wymierzył kopniaka uzdrowicielce, czym doczekał się jeszcze mocniejszego chwytu. A panna Bulstrode pogratulowała sobie w duchu, że nie zgodziła się na żadne aranżowane małżeństwo i nie miała dzieci. Doprawdy, chyba sam Merlin ją ustrzegł…
– Jeśli się nie uspokoisz, zaraz cię sparaliżuję – ostrzegła, w ostatniej chwili unikając próby ugryzienia, czym ściągnęła na siebie uwagę ojca.
– Proszę nie grozić moim dzieciom! Powinna pani pomagać mojej córce, a nie grozić jeszcze synowi! Wy pewnie nawet nie wiecie, co się jej stało?!
– Jestem pewna, że pański syn może udzielić odpowiedzi na to pytanie… – Ostatecznie Bulstrode podjęła trudną decyzję i wypuściła jedno dzieciaka, który nieomal natychmiast zanurkowała do sąsiedniego pomieszczenia. Drugiemu za to – mimo jego protestów – uniosła rękaw, ukazując tym samym… pióra.
Orle pióra pokrywały już całą rękę.
– Taaaato, bo ja nie chciałem! Nie oddawaj mnie tym wiedźmom! – zawył dzieciak.
Florence zaś wolną ręką sięgnęła po różdżkę, celując w „ptaszka”, próbując powstrzymać ją przed dziobaniem Fernah, choć niestety, z uwagi na to, że wyjący chłopiec się jej wyrywał, a dziewczynka machała skrzydłami, to unosząc się, to opadając, wycelowanie nie było łatwe - spudłowała więc i zaklęcie przemknęło ponad głową dziecka, bez żadnego efektu.
Florence tymczasem nadciągnęła korytarzem. Nie rzuciła się od razu w stronę ojca i latającej córki, bo jeden z chłopców podjął próbę czmychnięcia na bok. Dłoń uzdrowicielki zacisnęła się bezlitośnie na jego karku.
- O nie, młody człowieku, ty idziesz ze mną. Obaj idziecie ze mną – oświadczyła stanowczo, jedną ręką ciągnąc za sobą chłopca, a drugą chwytając za kołnierz drugiego, który – oczywiście – widząc, że pochwycono jego brata, również podjął próbę ucieczki. Jakiś pacjent wyjrzał z pokoju, zwabiony zamieszaniem i teraz chichotał złośliwie. Uzdrowicielka, przechodząca obok, przyspieszyła, rzucając coś o tym, że bardzo się spieszy, pewnie nie chcąc być wciągniętą w tę całą absurdalną sytuację.
Dziecko – ptak atakowało Fernah. A Florence z pewnym trudem starała się utrzymać dwóch chłopców, nie mogąc przez to pomóc stażystce. Jeden z nich nawet w swoich staraniach wymierzył kopniaka uzdrowicielce, czym doczekał się jeszcze mocniejszego chwytu. A panna Bulstrode pogratulowała sobie w duchu, że nie zgodziła się na żadne aranżowane małżeństwo i nie miała dzieci. Doprawdy, chyba sam Merlin ją ustrzegł…
– Jeśli się nie uspokoisz, zaraz cię sparaliżuję – ostrzegła, w ostatniej chwili unikając próby ugryzienia, czym ściągnęła na siebie uwagę ojca.
– Proszę nie grozić moim dzieciom! Powinna pani pomagać mojej córce, a nie grozić jeszcze synowi! Wy pewnie nawet nie wiecie, co się jej stało?!
– Jestem pewna, że pański syn może udzielić odpowiedzi na to pytanie… – Ostatecznie Bulstrode podjęła trudną decyzję i wypuściła jedno dzieciaka, który nieomal natychmiast zanurkowała do sąsiedniego pomieszczenia. Drugiemu za to – mimo jego protestów – uniosła rękaw, ukazując tym samym… pióra.
Orle pióra pokrywały już całą rękę.
– Taaaato, bo ja nie chciałem! Nie oddawaj mnie tym wiedźmom! – zawył dzieciak.
Florence zaś wolną ręką sięgnęła po różdżkę, celując w „ptaszka”, próbując powstrzymać ją przed dziobaniem Fernah, choć niestety, z uwagi na to, że wyjący chłopiec się jej wyrywał, a dziewczynka machała skrzydłami, to unosząc się, to opadając, wycelowanie nie było łatwe - spudłowała więc i zaklęcie przemknęło ponad głową dziecka, bez żadnego efektu.
Rzut N 1d100 - 5
Akcja nieudana
Akcja nieudana