Pierwszy cios dzioba był na tyle niespodziewany, że odruchowo zasłoniła się ręką. Dźwięk dartej tkaniny, zapewne rękawa szaty, utonął pośród całego tego świergolenia, skrzeków i krzyków. Zaraz też nadeszły kolejne ciosy, mniej lub bardziej celne, ale tak samo zajadłe.
Jasna cholera pomyślała Fernah, wycofując się krok za krokiem, aż nie poczuła za plecami zimnej ściany. Oznaczało to, że nie miała drogi ucieczki, a pomoc, chociaż chętnie by ją teraz przyjęła, nie nadchodziła. Czemu? Nie miała możliwości sprawdzić i spojrzeć w stronę Florence, bo otworzyłaby się wtedy na trafienia dzioba. A wystarczało, że dziewczynko-ptaszor dorzucił jeszcze niespodziewanie potężne, jak na siebie, uderzenia skrzydłami.
Złapała pewniej różdżkę, która cudem nie wypadła z jej lewej dłoni. Prawą wyciągnęła przed siebie, by zrobić sobie miejsce na rzucenie czaru i tym samym odwrócić uwagę na wpół przemienionej Mirabel.
– Immobulus! – warknęła, czując, jak ostry dziób rozcina skórę po wewnętrznej stronie jej dłoni.Mdławy snop światła przeciął powietrze tuż nad lewym skrzydłem i trafił w sufit, nie czyniąc ani nic dobre, ani nic złego. Dziecko-ptaszysko zatrzymało się na sekundę i zaraz zaatakowało stażystkę ze zdwojoną mocą. Fernah zagryzła zęby z bólu i zakryła twarz dłonią z różdżką, chwilowo nie mając pola do dalszego manewru.
Akcja nieudana