Spojrzenie żmii ślizgało się po jego fizjonomii, zupełnie jakby te tęczówki, w których zaklęte były miliardy gwiazd, mogły przeszywać na wylot; parszywość uśmiechu nie zsunęła się z różanych warg, które zamiast tego, uniosły się kącikami szerzej, marszcząc drobny nos. W pewnych momentach wyglądała bardziej jak mikry elf, aniżeli kobieta z krwi i kości; jak ten dzwoneczek, zupełnie odmienna od dziewcząt fizycznie namacalnych. Wypalone piętno dziewczyny niejako fatalnej, coraz wydatniej odznaczało się w niewinnie marszczonych brwiach i ruchach płynnych – tak jakby sunęła wśród masywu chmur bardziej aniżeli stąpała po faktycznej ziemi. Westchnięciem zabarwiła się przestrzeń, gdy przekraczała próg jego mieszkania – teraz nieudane plany sylwestrowe przechrzciły się w dumne miano faktycznego spotkania; nie kryła się z faktem, iż ten był jej drugą, nagłą opcją.
I choć nie była kobietą bywającą w jego sypialni, bardziej odległa niż niebezpiecznie bliska – czuła jego przyspieszony oddech, zaprawiona w boju jednak, nawet nie oblała się rumieńcem młódki. Jej świat, miałki i mętny, miał się jak te przeklęte sweterki z monogramami, w które ubierana była jako dziecko; snobistyczny akcent przyległ do niej łatką, a uroda patrycjuszki, co prawda nie blondwłosej, kreowała jej osobę od zarania. Była w końcu dumna; była przy tym niesłychanie butna, a aura radości, którą roztaczała wokół siebie, stanowiła odpowiednio wyważoną kontrę dla tych wszystkich panien.
W końcu posiadała utkany wokół niej wianuszek dziewcząt i dżentelmenów – oni jednak, ich poprawność, nudziła ją ogromnie; już od zawsze uciekała ku temu, co tchnęło niebezpieczeństwem – Murtagh niewątpliwie nosił na sobie woń bezprecedensowego ryzyka i nierozwagi.
Mama mówiła, aby od takich mężczyzn trzymać się jak najdalej – cóż jednak mogła poradzić na to, że tylko oni wzniecali w niej ogień?
Poszła za nim do aneksu kuchennego, opierając łokcie na blacie, lokując na splecionych dłoniach podbródek; obserwowała każdy ruch – zupełnie jak drapieżca przyczajony wobec swej ofiary. Och, Murtagh musiał oddać jej to, iż była łowcą.
– Od kiedy dbasz o moich ukochanych? – zapytała, głosem niebywale wysokim, a wciąż melodyjnie wbijającym się w słuch. – Wino. Ale bez kieliszka – rzekła, wsuwając się do wnętrza, aby chwycić napoczętą butelkę i wychylić solidny łyk z gwinta.
Bo Loretta była szaloną kobietą; jej uwielbienie do cierpienia i zadawania bólu wykraczało poza normy jakiejkolwiek moralności, a niepozorny wygląd sprawiał, że mogła być nawet dilerką w podstawówce – nawet to nie naruszyłoby jej szarościowego spojrzenia na świat. Zamiast tego utkała przyjemny uśmiech, który prędko rozlał się na ustach, odbijając iskrami w szklistych tęczówkach.
Oparłszy się o blat, z butelką krwistego wina w dłoni, zadarła odrobinę podbródek, aby widzieć go lepiej; aby czuć go lepiej. Pachniał ciężką, piżmową wonią – ta jednak jej nie przeszkadzała, jedynie mile kręciła w nosie.
– Będziemy odliczać do północy? – zagaiła. – Czy może będziesz zajęty czym innym? – zabrzmiała rubasznie pytaniem o podtekście tak jawnym, że nieomal płonącym.
Uniosła szyjkę butelki ku ustom ponownie, otulając ją miękko wargami.
– Pamiętasz naszą grę w galerii? Zadawaliśmy sobie pytania. Zagrajmy w to raz jeszcze. Dodajmy tylko temu jakiejś pikanterii, nudzę się – pytania mają być kontrowersyjne, a jeśli któreś z nas nie będzie chciało odpowiedzieć, musi pozbyć się jednej części odzienia. Pasuje? – zapytała, przybierając ten filuterny uśmiech sukuba.