24.11.2023, 08:08 ✶
Opuściła powoli różdżkę - między innymi również i po to, by podkreślić, iż naprawdę nie przyszli tu po to, żeby Barlow zabić czy wsadzić jej głowę do worka i porwać ją cholera-wie-gdzie - gotowa do natychmiastowego wręcz jej poderwania, by spleść kolejne zaklęcie – jeśli by tylko zaistniała potrzeba. Ale Catherine… Catherine chyba pojęła, że nie są wrogami, więc jeśli i Jonathan się do tego przekona…?
- Wybacz nam naszą maskaradę, ale sama wiesz, jak jest – wyrzuciła z siebie szybko. Tak, znali się, zdecydowanie się znali… tylko twarze tymczasowo nie te - Nawet nie wiesz, jak się cieszę, widząc cię całą – odezwała się miękko, uspokajającym (jak miała nadzieję) tonem, podchodząc nieśpiesznie bliżej Barlow. Przeniosła też spojrzenie na mężczyznę; był tak podobny… aż ściskało za gardło – Ty musisz być Jonathan. Dziękuję – nie precyzowała, za co dokładnie – zresztą, i tak nie znajdowali się w bezpiecznym miejscu; jeśli oni byli w stanie prześledzić drogę kobiety, to należało założyć, że te gnoje też. W każdych innych okolicznościach zapewne przepraszałaby za okno i zapewniała, że straty (nieszczęsne okno…) zostaną pokryte, teraz… teraz miała jednak zupełnie inną myśl: zabrać ich stąd w cholerę.
Ich, bo teraz jeszcze spodziewała się, że z Meadowesa postanowią zrobić przykład: kto przeszkadza w działaniach zwolenników Voldemorta, kto wspiera tych, co nie powinien – skończy źle.
- Chodźcie, musimy się stąd zbierać – oznajmiła tonem sugerującym, że inna opcja nie wchodzi w grę – Przeniesiemy was do bezpiecznego miejsca, tylko najpierw jeszcze musimy znaleźć Caina… Heath, zerkniesz, czy przypadkiem nie kręci się w pobliżu? – poprosiła Wood, stojącą – zdaje się – najbliżej okna, skoro to właśnie oknem tu weszła… W końcu nie miała pojęca – przepadł i muszą go faktycznie szukać czy też zaraz znajdzie się sam, więc tylko wziąć go pod pachę i zniknąć stąd w cholerę.
- Wybacz nam naszą maskaradę, ale sama wiesz, jak jest – wyrzuciła z siebie szybko. Tak, znali się, zdecydowanie się znali… tylko twarze tymczasowo nie te - Nawet nie wiesz, jak się cieszę, widząc cię całą – odezwała się miękko, uspokajającym (jak miała nadzieję) tonem, podchodząc nieśpiesznie bliżej Barlow. Przeniosła też spojrzenie na mężczyznę; był tak podobny… aż ściskało za gardło – Ty musisz być Jonathan. Dziękuję – nie precyzowała, za co dokładnie – zresztą, i tak nie znajdowali się w bezpiecznym miejscu; jeśli oni byli w stanie prześledzić drogę kobiety, to należało założyć, że te gnoje też. W każdych innych okolicznościach zapewne przepraszałaby za okno i zapewniała, że straty (nieszczęsne okno…) zostaną pokryte, teraz… teraz miała jednak zupełnie inną myśl: zabrać ich stąd w cholerę.
Ich, bo teraz jeszcze spodziewała się, że z Meadowesa postanowią zrobić przykład: kto przeszkadza w działaniach zwolenników Voldemorta, kto wspiera tych, co nie powinien – skończy źle.
- Chodźcie, musimy się stąd zbierać – oznajmiła tonem sugerującym, że inna opcja nie wchodzi w grę – Przeniesiemy was do bezpiecznego miejsca, tylko najpierw jeszcze musimy znaleźć Caina… Heath, zerkniesz, czy przypadkiem nie kręci się w pobliżu? – poprosiła Wood, stojącą – zdaje się – najbliżej okna, skoro to właśnie oknem tu weszła… W końcu nie miała pojęca – przepadł i muszą go faktycznie szukać czy też zaraz znajdzie się sam, więc tylko wziąć go pod pachę i zniknąć stąd w cholerę.