Cyrk na kółkach przy całej tej sytuacji był niczym kurort wypoczynkowy dla emerytowanych magów. Latająca dziewczynka, próbujące wydziobać oczy stażystce. Ojciec i brat przemienionej drący się w niebogłosy, każdy o czym innym. Nic tylko zapraszać dziennikarzy z Proroka Codziennego, by napisali kolejny artykuł o niesamowitych przypadkach w świętym Mungu.
Kiedy kolejny cios nie okazał się tak bolesny, jak poprzednie, Fernah i jej mała przeciwniczka, wpadły w konsternację. Panna Slughorn wyjrzała zza trzymanej gardy i zobaczyła, że po dziobie nie został nawet ślad. Dziewczynka również zastygła, ale prędko zdała sobie sprawę, że właśnie została pozbawiona jedynej broni.
Zamachała skrzydłami, chcąc uciec przed kolejnymi zaklęciami, ale zapomniała o jednym. Dziecięcą kostkę nadal oplatał przywołany przez stażystkę sznur. Paprotka wręcz przeciwnie, od razu wyciągnęła rękę i chwyciła linę, nie pozwalając Mirabel odlecieć.
– Wystarczy! – rzuciła stanowczo, dziwiąc samą siebie i dziewczynkę. – Wystarczy tego…
Postąpiła krok do przodu, odklejając się od ściany i spojrzała w kierunku Florence.
– Panno Bulstrode… – skinęła głową, na znak, że jest gotowa, by wesprzeć uzdrowicielkę przy odczynianiu zaklęcia.
Jednak po spojrzeniu swojej przełożonej wniosła, że prezentuje raczej mizerny widok. Rozczochrane na wszystkie strony włosy, poznaczone czerwonymi śladami ręce i przedramiona, które gdzieniegdzie krwawiły. Nie wyglądała zbyt przekonująco ani profesjonalnie. Podjęła próbę uporządkowania swojego ubrania, bo i tylko tyle mogła zrobić w tym momencie. Poprawiła szatę, odgarnęła włosy z twarzy i wyprostowała się, ponownie spoglądając na Florence.