Stali po przeciwległych biegunach - ona, która nie przepadała, kiedy ktoś się wpatrywał i on, który uwielbiał, kiedy ludzie mu się przyglądali. Bo przecież jego ciało zasługiwało na spojrzenia, prawda? Jeśli czegoś mógł być pewnym w swoim życiu to tego, że zna się na magicznych stworzeniach, że potrafi sobie z nimi poradzić bez znaczenia, co to było i tego, że miał urodę, która była warta więcej niż cokolwiek, co posiadał. Czy to było zdrowe wrażenie? To pierwsze na pewno. W końcu trzeba być pewnym swoich umiejętności, żeby prawidłowo wykonywać swoją pracę. To drugie już niekoniecznie. Prowadziło do niezdrowych myśli i przekonań. Wodziło go po chorych stanach umysłu, gdzie mogłeś się zadowolić tylko perfekcją, gdzie żadna niedoskonałość nie była tolerowana i nie była dobrze przyjmowana. Z drugiej strony Laurent nie przepadał za obecnością i przypatrywaniem się ludzi w tych najbardziej obezwładniających człowieka momentach. Kiedy jesz chociażby. To tak jakby stanowili dla siebie przeszkody i musieli mijać się zgrabnie jeden nad drugim, jeden pod drugim, przechodzić między nogami, albo opierać się o plecy, żeby wyżej podskoczyć - i przeskoczyć tą drugą osobę. Laurent teraz był trochę bogatszy w to doświadczenie, ale nie zmieniało to tego, że nie przepadał za byciem stroną prowadzącą. To była rola, jaką przyjmował czasami dla drugiej osoby, albo w ramach poznawania się. Pomijając pracę, w której zawsze był gotów porozstawiać ludzi po kątach, ale tym bardziej po niej wolał się odnaleźć w czymś spokojnym i kojącym. Takim jak uśmiech Olivii Quirke i jej szalenie słodkiej reakcji, która była piękniejsza niż ta szklana figurka w jego palcach.
- Chcesz mi powiedzieć, że sama to stworzyłaś? - Tego się nie spodziewał - a nawet nie wiedział, czemu. Bo Olivia nie wyglądała na artystkę? Nie, no przecież nie mógł tego powiedzieć. Właściwie kiedy teraz nawiedziła go ta myśl, to wyglądała - i pasowała do tej zagubionej w duchocie świata, artystycznej duszy, którą tłamsiła matka przywiązując ją jak kanarka na złotym łańcuszku do miejsca jej pracy. Jego oczy trochę szerzej się otworzyły z fascynacji, w jaką wpadł. Jego serducho zostało oblane złotym miodym, a sama niewiasta miała szansę zalśnić tymi barwami tęczy, które obiecywała w szklanym abraksanie. To, że do niego pasuje, to króciutkie zdanie, chwilowo zaginęło w tym potoku jego zachwytu i podziwu. Zawsze podziwiał artystów. Podziwiał ich kreatywność i zdolności manualne. Możliwość stworzenia cudów z bryłki lodu, pustego płótna czy kawałka szkła. Był dobry z transmutacji i nie przeszkadzało czegokolwiek zaczarować, ale to nie było to samo, bo te elementy nie miały szansy utrzymać się na stałe. Rękodzieło było czymś lepszym, czymś więcej, czymś niesamowitym.
Konik został odstawiony na bok, ale ostrożnie. Laurent puknął różdżką w pakunek, żeby z powrotem przywrócić do stanu poprzedniego jego osłonę przed światem. Uśmiechnął się do niego wiedząc, że musi go postawić na blacie w kuchni - na samym środku, żeby cieszył oczy wpadającymi do wnętrza promieniami słońca dziennego. Dłonie zajął zaś herbatą z cichym [i]"dziękuję"[/b], gdy odbierał od niej czarkę. Ostrożnie, bo spodziewał się, że tak jak porcelana gotowa go była poparzyć... ale nie. Ku swojemu zdziwieniu odkrył, że filiżanka była letnia.
- Nie nagrzewa się jak porcelana. - Kapitan oczywistość, ale to zdanie miało wyrazić bardziej jego pozytywne zaskoczenie i powiedzenie, że doświadczał w tym momencie czegoś nowego. Bo nie, niekoniecznie był w Chinach, żeby mieć pojęcie o herbacie. I tak prawdę mówiąc nie przykładał wielkiej wagi do herbaty - aż do tego momentu. Chociaż teraz to niekoniecznie uwagę poświęcał herbacie, a raczej osobie, która o niej opowiadała. - Nie jestem znawcą, chociaż ciekawość smaków nie pozwala mi nie próbować rzeczy nowych. - A wręcz bardzo chętnie nowych rzeczy doświadczał. - Moja matka pochodzi z Turcji, czasem przywozi stamtąd herbaty. Są zazwyczaj intensywne w smaku. Aydaya twierdzi, że turecka herbata ma niepowtarzalny aromat - nie ośmielam się kłócić, rzeczywiście nigdzie nie spotkałem się z takim smakiem. Tam również mają swój wyjątkowy rytuał parzenia herbaty. Chyba tylko my, Anglicy, jesteśmy takimi arogantami. - Laurent nazywał swoją macochę "matką", ale nie było żadnej tajemnicy, że nie miał szans mieć turczyńskiej krwi w swoich żyłach ze swoją urodą. Musiałby być chyba jakimś tureckim albinosem czy coś... - Co byś powiedziała na wycieczkę w przyszłości? Weekendową. Do Chin. Żeby nauczyć się parzenia herbaty i zasmakować w nich wszystkich. - To "w nich wszystkich" było oczywiście nad wyrost, bo raczej nie było takiej szans, za dużo smaków, za dużo możliwości. Ale kilka można było popróbować, inne kupić. Przy możliwościach teleportacji wybranie się na dwie czy trzy noce nie stanowiło żadnego problemu. Co najwyżej problemy z załatwianiem formalności, ale na szczęście na wszystko Laurenta było stać. A poczuwał się gospodarzem tej wycieczki.
- Ponieważ naprawdę jest wszystko dobrze. Samica zdrowieje, a młode marudzą i psocą, tęsknią za matką. Przyzwyczają się, ale i tak za każdym razem smucą mnie takie rozłąki, kiedy na te młode patrzę, nierozumiejące, dlaczego nie mogą wrócić do matki. - Nie ważne, czy to były hipogryfy czy jakiekolwiek inne stworzenia. Albo ludzie. Przecież... nikt nie chciał zostawać bez rodzica, prawda? - Abby nie czuje się najlepiej - psychicznie. Przeżywa stratę hipogryfów i całe to wydarzenie mocno nim wstrząsnęło. Radzi sobie jednak. Śledztwem się nie interesowałem. - Z tym, jak to idzie dalej, czy więcej winnych, czy ktoś na coś trafił i tak dalej.