Czego mógł się spodziewać po mieszkaniu Nicholasa? Chłodu. Pustki. Przestrzeni doskonale uporządkowanej, która nie będzie zajęta niepotrzebnymi drobnostkami, zbędnymi pamiątkami, może będzie jakieś jedno czy dwa rodzinne zdjęcia. Pewnie bardziej po to, żeby robiły dobre ważenie, że naprawdę jest Yaxleyeym, bo w końcu sam sięgał po argumenty swoich korzeni kiedy rozmawiali przy temacie abraksanów. W gości nie wypadało przychodzić z pustymi rękoma. Kobietom przynosił kwiaty, osobom znajomym przynosił ewentualnie ulubiony trunek, a tutaj? Mógł przyjść z niczym, ale nawet nie wypadało. Łączyło ich w końcu nic. I zarazem łączyła ich historia. Myśląc o tym mieszkaniu i o tym, że nie chce przynosić wina ze słowem "mam nadzieję, że to akurat pijasz" przy chorym wręcz wyborze, jakie winnice wpychały człowiekowi do rąk, postanowił przynieść właśnie to, co przyniósłby kobiecie. Kwiaty. Tylko niekoniecznie w takim wydaniu, jakie kobietom serwował. Wybór odpowiedniego kwiatu zajmował jego myśli. Ciężką, zmęczoną głowę, w której był gdzieś na skraju własnej wytrzymałości i zapadnięcia się w absolutną nicość. Dokładnie tak, jak parę lat temu. Inaczej nie zgodziłby się na spotkanie w jamie samego lwa. Na początku sądził, że powinien postawić na czerwień - coś intensywnego, co przetnie szarość i brąz wnętrza. Czemu szarość i brąz? Jakoś dokładnie tego się spodziewał po Nicholasie. Ewentualnie chłodnego błękitu na ścianie w kuchni czy łazience. Wszystko inne w szarości, bieli czy neutralnym beżu, lub w jakichś prostych tapetach, które klasycznie nalepiało się na ściany. Nawet gotów był stwierdzić, że żadnego większego polotu nie wkładał w to, jak jego mieszkanie wygląda. O ile nie miał żony. Chyba wtedy by go nie zapraszał do swojego mieszkania? To byłoby bardzo niekomfortowe. Oczywiście Laurentowi nigdy nie przeszkadzało, czy ktoś był zamężny, zaręczony, żonaty... cokolwiek. Znalazł jednak kwiat, który wydał mu się wręcz zbyt idealny. I wtedy czerwony pieris wydał mu się wręcz obrzydliwie nietrafiony, kiedy wcześniej o nim myślał. Kalanchoe. Kwiat o grubych, długich liściach, obsypały drobnymi, białymi jak śnieg kwiatkami układającymi się jak gwiazdy na grubszych łodygach w całych dużych grupach. Banalna w utrzymaniu - bo na to też stawiał, takiego szukał. Żeby nie wymagał zdolności, nie wymagał wielce światła, który pozwalał na zapomnieniu o nim na tydzień czy dwa, zanim dolejesz mu trochę wody. A czy zdechnie czy nie - cóż. Laurent w swojej goryczy wręcz przyjąłby za oczywistość to, że przyjdzie mu zdechnąć. I można się było domyślić, czy chodzi o Kalanchoe, czy jednak o niego samego. Rzecz jasna - dobrał do niego czarną, ceramiczną donicę. By delikatna, wrażliwa biel tych kwiatów jaśniała jeszcze bardziej.
Spodziewał się listu. Albo obecności Nicholasa. Bo może Nicholasowi się wydawało, że tamta rozmowa miała na celu odcięcie się od niego zupełne, ale to nie była prawda. Chciał sprawdzić za to, czego chce Nicholas i czy naprawdę zadowoli go jedno spotkanie na kawie, po którym wszystko zniknie. Po tym, co usłyszał, był święcie przekonany, że to go nie zadowoli. Więc grała trwała, tylko Laurent przez to, jak wszystko przyśpieszyło nie miał czasu się na niej skupić i prawdę mówiąc umknęło to w ogóle z jego myśli. Aż do czasu, kiedy otrzymał list, jaki odebrał dopiero następnego dnia. I kiedy spojrzał na siebie w lustrze to zapytał samego siebie, czego oczekuje po tym spotkaniu. Wykiełkowała w nim ta myśl, że chciałby prawdy. Że to mogłaby być jego prawda. Jego kuracja. Przygotowywał się na odrzucenie, albo skończenie na dnie, bo tak to zawsze działało, ale chciał dalej próbować. Nie porzucać swojej wiary w ludzi, nie rezygnować ze swoich snów o możliwościach i o tym, że każdy potrzebował po prostu drugiej szansy. On też jej potrzebował - drugiej szansy na bycie sobą, a nie tym uroczym aniołkiem, za którego się podawał. Nigdy nie dane mu będzie wspiąć się po tym męskim świecie chłodu i dumy, nie sięgnie do tej siły, którą promieniowały charyzmatyczne jednostki, jak chociażby jego ojciec, ale przecież miał też coś swojego z czego próbował korzystać. Pióra na plecach, które dawał sobie wyrywać i już za bardzo bolało - chciał je uchronić. Odnajdywał pocieszenie i satysfakcje we własnej brzydocie. W tym, jak blizny zdobiły jego ciało i w tym, jak niezdrowo zmęczona była jego twarz. I tego dnia postanowił z tym zrobić absolutne nic.
Poinformował Alexandra o tym, gdzie się udaje i że wróci najpóźniej po zmierzchu. Wieczory teraz były długie - to dawało i tak nadmiar czasu. A wcale nie ufał Nicholasowi na tyle, żeby nie podejrzewać go o... coś. Sam nie wiedział, o co.
Laurent stanął przy wyznaczonych drzwiach spóźniony eleganckie 5 minut - bo wręcz wypadało się spóźniać do tych 15, dzięki temu gospodarz miał zapasowy czas na dopracowanie ostatnich rzeczy. Tak go uczono, tak w tym bogackim świecie postępowali, tak i do głowy mu nie przyszło, żeby czynić inaczej. Bardzo niewiele brakowało, żeby ubrał się klasycznie. Ale nie. Założył to, w czym czuł się całkowicie komfortowo, choć wstydziłby się tak pokazać przed większością znajomych. Czarne, skórzane spodnie podkreślające długie nogi, biała koszula z mocno wyciętym dekoltem w kształcie "v" na przedzie, która dość luźno układała się na jego sylwetce, schowana w spodniach i skórzana kurtka leżąca idealnie na wąskich ramionach. Przyprawiłby pewnie większość znajomych osób o zawał, ale nic na to nie poradził - czuł się w tym zwyczajnie atrakcyjnie. Tak jakby pozwalało mu to wywlec trochę tego zepsucia z siebie na zewnątrz, żeby nie musiał już patrzeć na to wszystko, co miało mówić o tym, że kiedyś był aniołem. Och, był nim nadal. Miał w końcu zbyt miękkie i ciepłe serce. Więc ubrany w czerń Laurent, z delikatną, złotą biżuterią i jednym kolczykiem perły w prawym uchu stanął przed odpowiednimi drzwiami. Zapukał, ściągając okulary przeciwsłoneczne z nosa.
- Dzień dobry, Nicholasie. - Przywitał się, uśmiechając delikatnie. - Spodziewałem się, że napiszesz. Choć nie spodziewałem się, że tak szybko. - Nie, to nie była żadna ujma, stwierdzenie faktu. Ale chyba można to było tak odebrać w niektórych przypadkach. - Pomyślałem, że pewnie masz szary i prosty wystrój mieszkania, więc skoro nie wypada przychodzić w gości z pustymi rękoma - mam nadzieję, że ci się spodoba. Nie martw się, nie wymaga nadmiernej opieki. Wystarczy raz na tydzień czy dwa dolać mu trochę wody. - Oczywiście dopiero jak został zaproszony do środka to wręczył mu prezent, inaczej nie wypadało.