Między westchnięciami wszechświata, urastało w niej coś do rangi absolutu, którego nie potrafiła w żaden sposób powstrzymać – uczucia krążące wokół nich jak satelity, przecinając się co jakiś czas, przybierały miano niewiadomych. Bo przecież nie wiedziała, co czuła do niego pomiędzy tymi uderzeniami serca staccato, między miriadami myśli lotnych, między grymasów malujących się na wargach. A przecież dla niego zawsze była namacalna i istniejąca, choć butna i arogancka w całej swojej zblazowanej krasie, pomagała mu na rozciągłości życia jak tylko była w stanie. Ich znajomość, sięgająca sielskich lat hogwardzkich, utkanych w ten masyw szkolnych murów, nie była nigdy prosta.
Niezrozumienie wielokrotnie kwitło między nimi, jak te przeklęte deszcze majowe, które obmywały gałęzie magnolii spiłowane gdzieś przy skwerze, które raz jej przyniósł – ot tak, dla żartu samego w sobie. Lycoris nigdy kochliwa nie była, a biorąc za podstawę własną emancypację i niezależność, parsknęła wówczas jedynie – kwiaty jednak przyjęła.
Milcząca i zaklęta, związana tymi przeklętymi pętami oddania, nie odezwała się ani słowem, kiwając jedynie głową na propozycję herbaty, aż nie zostali jedynie we własnym, dusznym towarzystwie.
– To się wymyka spod kontroli – wydukała w końcu, wypuszczając powoli powietrze więzione w płucach.
Nie skorzystała z zajęcia jednego z foteli, zamiast tego, skrzyżowała ręce na piersi i poczęła pieszą wędrówkę od jednej ściany do drugiej. Absolutnie celowo omijała wzrokiem jego oblicze, bo chyba po raz pierwszy w życiu była skłonna się rozkleić i rozpaść na milion kawałków – a tych by przecież nie skleiła na powrót w pierwotną całość.
Teraz to ona była gotowa odpiłować te przeklęte gałęzie magnolii.
– Theonie, nie chcę zniszczyć tego, co mamy. Jednak… – zamilkła w bezkresie, zatrzymując się przed nim, po raz pierwszy tego popołudnia wbijając igły wzroku w jego tęczówki.
Jej beznamiętny wygląd przypominał płytę nagrobną – pewne kwestie pozostawały niezmienne; on jednak znał ją na tyle dobrze, że każde z tych drobnych drgnięć kącików warg mógł odczytać prawidłowo. Bardziej prawidłowo, niż ona była w stanie; a lubiła przecież myśleć o sobie świadomie i pewnie – teraz jednak, jak dziecko majaczące we mgle, pogubiła się pośród własnych, pozornie uporządkowanych myśli i niemo go prosiła, aby jej je wyjaśnił.