Za oknem zaczął właśnie sypać drobny śnieg, kiedy Murtagh wyjął z szafki butelkę wina. Nie była pełna, chociaż wciąż zawierała większość płynu jaki się w niej oryginalnie znajdował. On sam nie przepadał za winem, pił je ostatnio chyba kiedy... Sam nie był pewien, miał poczucie, że spotykał się wtedy z kimś w sprawach biznesowych dotyczących Rose Noire. Widać jednak Loretcie zupełnie nie przeszkadzało, że trunek został już napoczęty przez kogoś innego.
Uniósł lekko brew, widząc jak jej usta, pociągnięte perfekcyjnie ciemnoczerwoną szminką, obejmują gwint butelki podczas gdy ręka wspomagana grawitacją zaprasza trunek do gardła. Nigdy nie brał Lorettę za przesadnie pruderyjną, ale był daleki od zakładania, że potrafiła być też wulgarna. Co prawda miała w towarzystwie reputację, ale on sam nie przysłuchiwał się zwykle plotkom, wiedząc że więcej niż połowa z nich nie ma w sobie nawet ziarna prawdy. Tutaj jednak chyba potwierdzał się przypadek, kiedy plotki miały dla siebie pewną bazę. Czy więc powinien wierzyć w inne jakie o niej słyszał? Że nie mogła utrzymać dłużej żadnego mężczyzny? Że zdradzała narzeczonego? Że była zdrowo walnięta?
Uśmiechnął się myśląc o tym ostatnim. Tak, to zapewne było prawdą przynajmniej do pewnego stopnia.
— Proszę cię, przypisujesz sobie zdecydowanie zbyt dużo wagi w moim życiu, jeśli myślisz, że dbam o to z kim aktualnie jesteś w związku. — odparł. Kiedy oparła się o blat, przysunął się do niej, tak że dotykał kolanem materiału jej sukienki. Wyciągnął dłoń wyjmując z jej dłoni butelkę, wpatrując się w jej oczy z osobliwą intensywnością i sam pociągnął z niej porządny łyk. Zimny, cierpki płyn spłynął po gardle, rozpalając przełyk i dołączając do whiskey, już krążącej w jego organizmie.
Oddał jej z powrotem butelkę, sam wyjmując z szafki nową nie otwartą mugolską whiskey Jack Daniels Red. Mugole jego zdaniem praktycznie na niczym się nie znali, ale alkohole robili nieziemskie. I zdecydowanie mieli ich dużo większy wybór niż czarodzieje. Może to dlaczego, że częściej jedynym lekiem na ich bóle był alkohol, podczas gdy czarodzieje mieli do tego też magię.
— Och, możesz odliczać jeśli lubisz... Ja raczej po prostu napawam się fajerwerkami. - w jego słowach również brzmiała odrobina podtekstu, a na twarzy błąkał się uśmieszek. W takiej bliskości, niemal czuł namacalnie każdy centymetr dzielącej ich przestrzeni. Wystarczyłby leniwy, niewielki ruch a jego ciało dotknęłoby jej. On jednak w pewien sposób napawał się tą elektryzującą energią i antycypacją. Lubił myśl, że musi czekać na jej ruch, choć dość go to zaskoczyło. Do tej pory raczej nie słynął ze swojej powściągliwości.
Kiedy zaproponowała mu grę, w którą grali niemal rok wcześniej, połechtało to jego ego. Więc pamiętała, choć to spotkanie w galerii do niczego nie doprowadziło i zdawało się być dość nieznaczące w skali ich żyć. A jednak zapadł jej w pamięć. Udawał jednak, że się zastanawia, jakby wcale nie był przekonany do pomysłu.
— No dobrze, ale musi być też jakaś nagroda dla zwycięzcy... Tej osoby, która jako ostatnia będzie miała na sobie jakieś ubranie. - dodał, jak gdyby wcale nie czuł, że było to oczywiste.
Odsunął się od niej, dopiero teraz, zabierając ze sobą whiskey i przechodząc do części która bardziej przypominała salon. Niedbałym machnięciem różdżki odsunął na bok dwa fotele i szklany stolik, tak że na środku pozostał odsłonięty, miękki i puchaty, beżowy dywan. Drugie machnięcie rozpaliło ogień w kominku naprzeciwko dywanu, bo skoro mieli się rozbierać - a Murtagh nie wątpił ani przez sekundę że tak będzie - to nie chciał, żeby zmarzła. W końcu postawił butelkę na stoliku i usiadł na dywanie opierając plecy o jeden z foteli.
Statystycznie miał dużo większą szansę, żeby wygrać. Przecież Loretta miała na sobie sukienkę a pod spodem prawdopodobnie jakąś bieliznę, stanik, gorset, napewno niewiele więcej. On miał na sobie czarne, prasowane w kant spodnie od garnituru, pasek, białą koszulę, skarpety, zegarek, buty i bieliznę. W takiej sytuacji bardzo chciał, żeby nagrodą było coś z czego będzie naprawdę zadowolony.
— Przegrany musi pozwolić wygranemu użyć na sobie jednego, dowolnego zaklęcia. - oznajmił, kiedy wyobraził sobie nagie ciało Loretty i to co mogło je dodatkowo udekorować. Bez czekania na jej odpowiedź, zadał swoje pytanie.
— Nadal spotykasz się z Axelem? - zapytał, bo choć oficjalnie zaręczona była z Yaxleyem to Murtagh wiedział, że od wielu lat łączyła ją jakaś zawiła relacja z jego przyjacielem. Ostatnie czego chciał, to żeby złamała Mulciberowi serce, chociaż, będąc szczerym, wcale nie był do końca pewny że tamten takowe posiadał.
“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight Murtagh Macmillan, Secrets of London