Pióra śniegu, tak masywne i posklejane, rozwinęły się w istną wichurę za szklistą powierzchnią okna, po której spływały łzy roztopionego mrozu, skrząc się milionem gwiazd, które pokrywały również rozlany kawą nieboskłon; przyjemne ciepło z kolei, moszczące wygodnie niszę wewnątrz mieszkania, rumieńcami puentujące miękkie policzki, które drgały pod wpływem niewinnych uśmiechów, które mu posyłała staccato, drżąco i niepewnie. Wicher dął silnie, uginając gałęzie masywnych drzew ku ziemi, pokrywając welonem bieli pergamin traw; a jej uśmiechy niewyważone, przypominały w gruncie rzeczy te właśnie rozłożyste gałęzie, niby wata cukrowa, upudrowane jasnym, topniejącym puchem. Ujemne temperatury nie sprzyjały; ona jednak wyglądała absolutnie nienagannie, w tej swojej postawie snobki z Exeter, o rumianych policzkach, welurze oplatającym ciało i podbródku unoszonym w geście wieczystego poczucia wyższości.
Jej reputacja – skalana wieloma bruzdami – ciągnęła się za nią jak lepka guma do żucia. Jednak przecież nie chodziło jej o bycie opiewaną miriadami komplementów; chciała być na językach, choćby miała się upodlić niemożebnie – zawsze wiedziała, że było warto. Karmiła się własnym wizerunkiem mrugającym z okładek Proroka, z wywiadami pojawiającymi się na łamach Czarownicy, z plotkami, które nieomal prześcigały ją samą. Otulając więc gwint butelki krwistymi wargami – nie przytoczyła wobec tego żadnej chyżej myśli tudzież elegancji, była przecież jej synonimem nawet gdy w najbardziej perfidny sposób uciekała na margines. Tym razem jednak, pozwoliła sobie torować drogę przełykiem trunkowi, czyniąc w myślach niespokojnie i barwiąc policzki jeszcze bardziej soczystym, pijackim pąsem.
Nauczyła się pić od Alexandra – nie miała zbyt mocnej głowy, ale potrafiła zachować stosowną gardę i przekuwać ją w sążne tak miało być.
Była przecież solidnie przetrącona moralnie i niemniej niestabilna psychicznie; gotowa ciskać przedmiotami, wybijać szyby, krzywdzić na najbardziej wyrachowanych poziomach – istniała jako nieimienny demon, który w swej krasie sukuba sprowadzał na manowce, jednocześnie tętniąc agresją, która w przedziwny sposób przyciągała. Prawdopodobnie dlatego często jej żarliwe spory z Alexandrem kończyły się w łóżku; ponadto, Mulciber w końcu uwielbiał to, jak wypuszczała ze swojego mikrego wnętrza niepohamowaną bestię.
– A nie dbasz? – zabrzmiała filuternie, przysuwając się do niego tak, że jej kolano zetknęło się z jego udem, gdy usiadła na blacie. Przekrzywiła głowę niewinnie – tak, jakby żaden z tych gestów nie był zamierzony. – Udowodnij mi to – rzekła, chwytając go za krawat, przysuwając się tak okrutnie blisko, że mógł poczuć zapach jej perfum moszczący się gdzieś za uchem.
I gdy tak trwała, wprawiając rzęsy w niewinny trzepot, zamknęła w jednej milionowej wszechświata ich obojga, nim gwałtownie się odsunęła z uśmiechem wypełnionym bezkreśnie satysfakcją.
Budziła powściągliwość niebywale rzadko; na ogół mężczyźni uganiali się za nią, a ona – świadoma własnych walorów estetycznych – bawiła się w króliczka. Prawdopodobnie dlatego nie traktowała na poważnie żadnych oświadczyn Alexa; uznawała je za pijackie porywy serca, w końcu to, że ją kochał, było oczywistym. W gruncie rzeczy, tak naprawdę, obawiała się tchu jego obojętności, gdy przestałby ją musieć gonić. Dlatego raniła jego, raniła siebie i raniła wszystkich dookoła – nie miała sobie w tym równych.
Niemniej, każde jej spotkanie z Murtaghiem nosiło znamiona istotności i wieczystej pamięci.
Przeszła do salonu, siadając na dywanie naprzeciwko niego, w dłoni dzierżąc szyjkę butelki wypełnionej winem. Podwinęła kolana pod brodę, uciekając ku niemu sarnimi oczętami – oczekując na słowa, które miały spłynąć jak późnoletni sok.
– Stoi – chyba nie tylko umowa.
Alexandrowi łamała serce dobitnie często i regularnie, nienawidziła go z mocą, z którą on nie znosił jej – zawsze jednak do siebie wracali, opadając sobie w ramiona, całując z czułością, bez tej zaborczości, która była nieodzownie obecna na kanwie emocji.
– Tak – odparła krótko. – Spotykam się z Alexem od ośmiu lat, jak wiesz. – Nie ściągnęła tym razem żadnego fragmentu odzienia i prędko zogniskowała spojrzenie w jego obliczu. – Kim się interesujesz? Tylko kobietami, czy lubisz także mężczyzn? Bo w to, że nikim, na pewno nie uwierzę – rzekła.