25.11.2023, 00:34 ✶
Kiedy zbyła go tym tekstem o mocnej głowie, wywrócił oczami i wydawało się, że puścił to mimo uszu, ale kiedy kontynuowała swoje wypowiedzi, a jego czoło marszczyło się coraz bardziej, bardzo szybko i chętnie powrócił do tej wypowiedzi, aby ująć ją w niefortunną dla niej (ze względu na ich gabaryty) groźbę.
- Żeby ta twoja głowa była tak samo mocna w starciu z brzegiem ławki, na której siedzimy.
Ale mogła domyślać się, że to przynajmniej częściowo pic na wodę. On się tak puszył zawsze, a kiedy przychodziło co do czego, to się wcale bezbronnych a niewinnych nie tykał, po to też zresztą do niej kiedyś przyszedł i korzystał z fałszerstwa dokumentów, żeby pewne sprawy załatwić bez użycia bezwzględnej siły. Crow był trochę jak taki pies szczekający zza furtki, ale gotowy do ugryzienia cię dopiero wtedy, kiedy wyczuje w tobie prawdziwe zagrożenie - kiedy przechodziłeś obok płotu, uprzykrzał ci życie dla zasady.
Nie zmieniało to jednak faktu, że jak już cię postanowił upierdolić, przychodziło człowiekowi zapisać to jako najbardziej bolesne, albo po prostu ostatnie doświadczenie życia. Kreatywność w jego wykonaniu przestawała być czymś inspirującym, nabierała raczej... przerażającej oprawy.
- Severine, powiedz mi po prostu, o co chodzi, zanim wezmę cię za wariatkę. Zrozumiałbym, jakbyś potrzebowała kogoś dobrego w obiciu komuś gęby, a to...? - Rozłożył bezradnie ręce. Ten strach sprzed chwili zniknął już całkowicie, nie przypominał już tego Edga z początku rozmowy, który się jeszcze wahał i ją uciszał - powoli, ale skutecznie doprowadził się do chłodnego spokoju, jakim częstował ją kiedyś, wcielając się w personę, jaką wykreował, tworząc swoją alternatywną, londyńską osobowość. - Mam dla ciebie porwać - nie miał zamiaru używać tutaj innego słowa - niemowlę? Dlaczego? Przekonaj mnie do tego jakkolwiek inaczej niż szantażem, bo kurwa nie rozumiem. - Bo w te pieniądze po prostu nie wierzył, nawet mimo świadomości, że rodzina Crouch należała do tych bogatszych. Siedziała obok niego przedstawicielka śmietanki towarzyskiej, nawet jeżeli się uważała za buntowniczkę. Z jego perspektywy nie miało znaczenia, czy była czarną, czy jakąś tam owcą rodziny - on na to wszystko przecież spoglądał z dołu.
Czy był kimś godnym zaufania? Nie, totalnie nie był. Ale podobno desperacja pchała ludzi do aktów tak absurdalnych, że to musiała być boska opatrzność, kiedy w rezultacie nie dosięgała ich żadna kara. Crouch nie mogła o tym wiedzieć, ale pomimo opinii bandyty, nie siedział obok niej aż tak zły człowiek i wbrew wszystkiemu, co powiedział, posiadał w sobie jakąś dawkę altruizmu, jaką mógłby z siebie wykrzesać, gdyby wiedział o tym cokolwiek więcej.
- Żeby ta twoja głowa była tak samo mocna w starciu z brzegiem ławki, na której siedzimy.
Ale mogła domyślać się, że to przynajmniej częściowo pic na wodę. On się tak puszył zawsze, a kiedy przychodziło co do czego, to się wcale bezbronnych a niewinnych nie tykał, po to też zresztą do niej kiedyś przyszedł i korzystał z fałszerstwa dokumentów, żeby pewne sprawy załatwić bez użycia bezwzględnej siły. Crow był trochę jak taki pies szczekający zza furtki, ale gotowy do ugryzienia cię dopiero wtedy, kiedy wyczuje w tobie prawdziwe zagrożenie - kiedy przechodziłeś obok płotu, uprzykrzał ci życie dla zasady.
Nie zmieniało to jednak faktu, że jak już cię postanowił upierdolić, przychodziło człowiekowi zapisać to jako najbardziej bolesne, albo po prostu ostatnie doświadczenie życia. Kreatywność w jego wykonaniu przestawała być czymś inspirującym, nabierała raczej... przerażającej oprawy.
- Severine, powiedz mi po prostu, o co chodzi, zanim wezmę cię za wariatkę. Zrozumiałbym, jakbyś potrzebowała kogoś dobrego w obiciu komuś gęby, a to...? - Rozłożył bezradnie ręce. Ten strach sprzed chwili zniknął już całkowicie, nie przypominał już tego Edga z początku rozmowy, który się jeszcze wahał i ją uciszał - powoli, ale skutecznie doprowadził się do chłodnego spokoju, jakim częstował ją kiedyś, wcielając się w personę, jaką wykreował, tworząc swoją alternatywną, londyńską osobowość. - Mam dla ciebie porwać - nie miał zamiaru używać tutaj innego słowa - niemowlę? Dlaczego? Przekonaj mnie do tego jakkolwiek inaczej niż szantażem, bo kurwa nie rozumiem. - Bo w te pieniądze po prostu nie wierzył, nawet mimo świadomości, że rodzina Crouch należała do tych bogatszych. Siedziała obok niego przedstawicielka śmietanki towarzyskiej, nawet jeżeli się uważała za buntowniczkę. Z jego perspektywy nie miało znaczenia, czy była czarną, czy jakąś tam owcą rodziny - on na to wszystko przecież spoglądał z dołu.
Czy był kimś godnym zaufania? Nie, totalnie nie był. Ale podobno desperacja pchała ludzi do aktów tak absurdalnych, że to musiała być boska opatrzność, kiedy w rezultacie nie dosięgała ich żadna kara. Crouch nie mogła o tym wiedzieć, ale pomimo opinii bandyty, nie siedział obok niej aż tak zły człowiek i wbrew wszystkiemu, co powiedział, posiadał w sobie jakąś dawkę altruizmu, jaką mógłby z siebie wykrzesać, gdyby wiedział o tym cokolwiek więcej.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.