For the sweet emotion
The golden ocean
Nie było ważne, w co ubierzesz diament. Diament zawsze pozostawał tak samo piękny. Mogłeś go wyeksponować, mogłeś pokazać jego najlepsze walory, ułożyć na czerwonej, aksamitnej poduszce - wtedy każdy mógł go podziwiać. Tak, wtedy był najlepszy! Albo na smukłej, kobiecej szyi, której uroda diament przyćmiewała. Esme Rowle był tym diamentem dla Laurenta, który mógł nosić przybrudzoną koszulę i fartuch, który miał chronić przed takowymi ubrudzeniami, mógł się pokazać w startych rękawiczkach i z rozczochranym włosem. Przecież w zepsuciu i brudzie też dostrzegało się piękno. Paradoks? Ach, nie. Niekoniecznie. Umorusany błotem kamień szlachetny nie przestanie być kamieniem i nie przestaną się świecić nasze oczy, kiedy na niego spojrzymy. Tak i nie mogły się nie zaświecić oczy Prewetta, który poczuł, jak jego mięśnie się rozluźniają. Że jego chorowita bardziej w ostatnim czasie klatka piersiowa, która coś nie mogła utrzymać jego biednego serca, opuszcza ostatnie toksyny pozostawione za progiem. Dzyń. Faktycznie - nie było tu żadnego dzwoneczka. A mimo to jakoś zadzwoniło (to chyba w sercu) od tego spojrzenia oczu utkwionej w ślicznej twarzy. Czy artyści go zaczepiali na ulicach, żeby go malować? Czy robiono mu fotografie? Czy byli malarze, którzy chwytali charyzmę tego człowieka, żeby chcieć uwiecznić ją na wieki wieków, jak rzeźbę Michała Anioła, bo jak pisała Vasari: „Kto zobaczy tę rzeźbę, nie potrzebuje widzieć innej, dawnej czy w naszych czasach wykonanej przez jakiegokolwiek artystę”. Chwytali go? Z jakiegoś powodu Laurent potrafił powiedzieć, że chyba nie. Nie dlatego, że brakowało mu piękna. Esme zdawał się chować swój magnetyzm, a może miał własny przycisk, który załączał, kiedy widział swoją perłę. Może to była jakaś magia, jakiś taki czar, który posiadali tylko nieliczni. Był taką muchą, którą chciała złapać Beksa, albo tą upierdliwą ćmą o pięknych skrzydłach, która chciała dostać się do płomienia. Mógłby tutaj siedzieć [w pracowni Esme] i oglądać go przy pracy. Jego zręczne dłonie, jego skupiony wyraz twarzy, jego całkowite wyciszenie i ukojenie. Po prostu patrzeć. Cieszyć się i przeklinać jednocześnie tego, który sprowadził na niego błogosławieństwo i klątwę jednocześnie.
Laurent miał jeden, tylko jeden kolczyk z piękną perłą zawieszoną na uchu.
Esme nie spoglądał w ślepia bestii, ale bestia spoglądała w niego. Dwie istoty - bo żadna z nich do końca nie należała do tego świata - ugięły panele raju rzemieślnika. I żaden z nich nadziei nie porzucił. Wręcz przeciwnie. Laurent przyszedł tu sądząc, że nie będzie drugiego miejsca, w którym jego umysł zostanie tak mocno pochłonięty przez istotę ludzką. Och, to znaczy... była taka jedna osoba w jego życiu. Tylko, z jakiegoś powodu... chyba wzięła parę piór i tym się zadowoliła. Było coś absolutnie pętającego w tym, że Esme po te pióra nie sięgał. A Laurent bardzo chciał mu to pióro wręczyć. Więc przypatrywał się rozleniwiony jarczuk, który ziewnął, prezentując upiorne zębiska i położył się na ziemi, nie uznając tutaj nikogo i niczego za zagrożenie. Tak by się mogło wydawać. Bo ślepia bestii wcale śpiące nie były. W ciszy śledziły ruchy to istoty latającej pod sufitem, to potem mężczyzny, który zaczął zbliżać się do jego pana. I kiedy blisko był - to podniósł trochę łeb. Tylko tylko. Albo aż tyle. A Laurent? Laurent nie opuścił rąk, a wręcz uniósł je do góry, żeby wsunąć palce we własne włosy, uśmiechając się do swojego magnesu, do tego szaleńca, który chciał mówić o prawdach, a sam żył kłamstwem. Przeświadczeniem, że to faktycznie prawdę chce znać i widzieć. Ale blondyn wiedział. Wystarczyło mu raz pokazać i udowodnić, jak prawda potrafiła być ciężka do udźwignięcia i zniesienia. Opuścił ręce.
Laurent za to bardzo dobrze znosił jego spojrzenie. Więcej niż dobrze. Przesunął nieco głowę w bok, delikatnie ją przechylił, czując dotyk tego spojrzenia na swoim ciele. Czując jego wędrówkę. Widząc, jak te oczy się zatrzymują, to wędrują dalej. Poznawał mapę sobie tylko znanych myśli. I jak zwykle był ciekaw - o czym myśli? To, co malowało się na twarzy Esme nigdy nie było oczywiste. To, co kryło się w jego myślach było jeszcze bardziej wieloznaczne. Drogi, dróżki, te alejki i dzikie ścieżki - chciał poznać je wszystkie i zarazem chciał obrać tylko jedną z nich. Nie kracz jak wrony, kiedy wkraczasz do królestwa Esme. Lepiej śpiewaj tak, jak potrafisz - niekoniecznie najlepiej, niekoniecznie najładniej. Tak, jak tylko masz ochotę.
Ten szept wkroczył pod jego skórę dreszczem. Czy tego oczekiwał? Tego się spodziewał? Nie i nie. Czy to było złe? Ależ skądże. Zamknął swoje powieki, zatrzymując oddech w klatce piersiowej. Esme nie pachniał perfumami. Nie pachniał, jakby dopiero wysunął się z kąpieli. Nosił na sobie zapach specyfików, jakimi się posługiwał i pyłu, który na nim osiadał, kiedy szlifował swoje rękodzieła. Nie był to zapach bardzo intensywny. Nie był to żaden zapach, który by go odstręczał, ale też żaden, który by go przyciągał. Miał wrażliwy na zapachy nos, ale to - to było zupełnie odrębne od tej bliskości. Nie pełnej. Nie zupełnej, nie tej wyuzdanej, nie tej bezczelnej. Jeśli ktoś miałby się modlić dotykiem - czy tak wyglądałaby ta modlitwa? Bo Laurent czuł się jak Bóg, którego śmiertelnik chciał musnąć krańcem swoich palców. Przecenił go. Esme go zdecydowanie przecenił, bo Laurent był gotów roztopić się pod wpływem tej chwili i gestów. Rozmyć się w powietrzu, albo przesunąć palcami po własnej piersi, żeby zetrzeć odrobinę tego miodu, jaki właśnie toczył się po jego szyi za wędrówką dłoni ciemnowłosego mężczyzny. Odetchnął cicho, tęsknie, kiedy zawieszone słowa, ten czar, został dokończony. Rytuał dopełniony. Jak przyjemnie... Rozchylił powieki, żeby napotkać jego spojrzenie. Kilka lampek wina działało na człowieka tak, jak na Laurenta ta krótka, oszałamiająco krótka chwila. A kiedy pojawił się krok w tył i ręce się cofnęły to nagle zrobiło się chłodno. Selkie zamknął więc na powrót swoje upite rozkoszną obecnością Esme oczy i uśmiechnął się smutno.
- To tylko jedno z wielu moich kłamstw, drogi Esme. Ale przed lustrem bardziej rozkochałem się w prawdzie. - Odnajdywał jakieś pocieszenie i ukojenie w tej niedoskonałości. Tej brzydocie. W swojej zmęczonej twarzy, która wcale nie prezentowała się tak dobrze, w tych bliznach. W tych siwych, pojedynczych włosach, które mimo tak młodego wieku pojawiły się na jego włosach. Tak, brzydota. Perła wśród świń. Diament w błocie. Zaraz jednak zaśmiał się ciepło i rozweselił na następne słowa, jakie tutaj padły, czując, jak te ciemne chmury są przeganiane... albo nie. Nie przeganiane. Oswajane. Łapał je w swoje dłonie, ściągał w dół i oblekał w nie jak w najpiękniejszy kożuch. A to przecież tylko skórzane ubranie. Dotknął dłonią policzka, czerpiąc przyjemność z tych komplementów. Łasy na więcej, łasy na wszystkie. Na peewno? - Jaka szkoda... z biegiem lat oddałbym tym więcej za kilka chwil więcej w twoich ramionach. - I nie żartował. Kilka lat temu był skłonny do wielu rzeczy, bo... w jego życiu dział się absolutny syf. Ale narkotyczne sny woziły go po złych miejscach i złych ludziach. Dziś to wyglądało zgoła inaczej.
Laurent spojrzał na jarczuka, który opuścił znów łeb na swoje łapy, kiedy Esme przestał być tak blisko. Psina tylko zamerdała ogonem na spojrzenie właściciela, który uśmiechnął się do niego, oglądając się za tym nieszczęsnym smoczognikiem Rowle'a, który... no albo nie współpracował z nim, albo sztuczek nie umiał. A wnioskując po tym dziwnym uśmiechu, jakim został obdarzony, chyba oba. Przynajmniej tak mu się wydawało. Czy to dobrze, że ludzie uczyli stworzenia sztuczek? Jak najbardziej - dopóki to była zabawa i zdrowa praca dla tych stworzeń, a nie katorga, męczarnie i bicz nad głową. Niestety większość ludzi lubiła chodzić łatwymi drogami. A inni po prostu byli pozbawieni daru zrozumienia zwierząt. I na to już nie było żadnej rady ani lekarstwa. Akurat Esme był ostatnią osobą, którą by podejrzewał o mini bicz schowany pod ladą na swojego małego pupilka. Ważne, że był na tyle wyszkolony, że mu nie spalił pracowni.
- Mój kuzyn ma hodowlę smoczogników. Wiem, jak je odpowiednio wytresować. Potrzebujesz z Beksą pomocy? - Nie zająłby się tym normalnie teraz... ale do Esme miał więcej niż słabość. Wręcz uważał, że masochistyczną słabość. Bo z nikim tak przyjemnie nie przeżywał własnego, rozstrojonego serca i umysłu, jak z nim. Przeszedł w kierunku fotela, ściągnął skórę i przerzucił ją przez oparcie zanim usiadł, czując nadal wspomnienie dłoni wokół swego ciała. Założył nogę na nogę, wsuwając okulary teraz jednym uchem za koszulę i pozwalając im na niej zawisnąć.
Jeśli ktoś komuś służy, to raczej ja Nocturnowi.
- Ostatnio bardzo często słyszę to, gdzie jest moje miejsce, powinno być, albo wręcz przeciwnie. - Zabawnie było to usłyszeć teraz jeszcze od Esme. - Mógłbym cię zaprosić do siebie, ale byłbym za bardzo zawiedziony wynikiem. - Uśmiechnął się do mężczyzny. Już odzyskał ostrość spojrzenia. Rezon. Choć ciągle był nieco lepki od miodu. - Byłeś pierwszy na mojej liście do pochwalenia się nowym nabytkiem. Uwierzysz? - Właściwie Laurent nie miał nawet pomysłu, komu innemu miałby się pokazać. Bo raczej schowa to cudo, żeby nie przyprawiać o zawał nikogo w swoim środowisku. Albo nie prowokować rodziny bardziej do tego, żeby go zamknęli w wieży jak prawdziwą księżniczkę. - Ale poza tym tak - potrzebuję czegoś do bezpiecznego transportu istot magicznych. Zaklęcia są nietrwałe, przez co przenosiny często są bardzo kłopotliwe i niebezpieczne. - Niechby wściekły hipogryf nagle z wiewióreczki zamienił się z powrotem w hipogryfa. Brrr. - Chociaż to jest pretekst, a nie górna potrzeba.