Murtagh z natury był gentlemanem. Lubił kiedy wszystko miało swoje miejsce i porządek, otwierał kobietom drzwi i nigdy nie rzucał klątw w plecy nieuzbrojonej osobie. Miał pewne swoje zasady, które odróżniały go od pierwszego lepszego moczymordy z Nokturna. Oczywiście, jak każdy prawdziwy gentleman wiedział też, że owe zasady niekoniecznie mają zastosowanie we wszystkich możliwych sytuacjach. Czasem należało po prostu zaakceptować, że czas miejsce nie był po temu odpowiednie. Ten dzień jednak nie był do tej pory dla niego jedną z takich okazji. Jakkolwiek okrutny nie byłby dla matki Warda, samego młodego aurora darzył pewną dozą uprzejmości.
To jednak miało się właśnie zmienić.
Kiedy Tristan kopnął w ławę, ta uderzyła w znęcającego się właśnie nad jego matką Mulcibera. Ława była jednak na tyle ciężki, a kąt pod jakim kopnął go auror na tyle niewygodny, że uderzenie nie uczyniło mu żadnych poważnych szkód. Chociaż siniak prawdopodobnie miał pozostać po tym uderzeniu na jego plecach przez kilka kolejnych tygodni. Sprawiło to, że Macmillan swoim ciężarem musiał opaść na panią Ward, zapewne ją też w paru miejscach siniacząc. Jeśli to w ogóle da niej miało obecnie znaczenie, zważywszy na to co przeszła.
Cała ta sytuacja wydarzyła się na tyle szybko, że żaden z pozostałych dwóch Śmierciożerców nie miał czasu zareagować by ocalić Mulcibera przed urazem. Murtagh jednak dokładnie widział wszystko co się wydarzyło a słysząc cichy okrzyk bólu, pochodzący od Alexa, poczuł się jakby ktoś przyłożył mu do skóry rozpalony pogrzebacz i kazał tańczyć salsę. Wściekłość i nienawiść popłynęła w jego żyłach, wypalając połączenia w neuronach i barwiąc świat jaskrawymi kolorami.
- TY MAŁY KURWISYNU! - zagrzmiał, celując różdżką w Tristana, zaciskając zęby i oddychając szybko, podczas gdy adrenalina rozlewała się strugą wstrząsów i splecionych mocniej mięśni po całym jego ciele. Brakowało dosłownie sekund, żeby uderzył klątwą w chłopaka, ale te kilka sekund i kilka oddechów było wystarczające, żeby nieco otrząsnął się ze swojego stanu. Różdżka powoli, acz nieubłaganie przesunęła się w stronę ojca Tristana, podczas gdy wzrok Murtagha wciąż spoczywał na nim samym, bo jedyne co go obchodziło to ból Aurora.
- Crucio! - powiedział, z pełnym satysfakcji uśmiechem, którego jednak Tristan nie mógł widzieć pod maską. Chciał, żeby ojciec chłopaka cierpiał zanim zginie, żeby błagał o litość. Tymczasem, kiedy pozwalał klątwie działać, pustosząc umysł i ciało Adama, odezwał się ponownie do Tristana. - Panie Ward, ogromnie ubolewam nad pańskim brakiem manier i ogłady. Jednakże widać po mugolskim pomiocie można się spodziewać jedynie mugolskich zagrań. Zapytam więc ostatni raz. Czy jest pan pewien, że nie zaszła jakaś pomyłka i te szmaty nie są jednak pańską rodziną? - bardzo chciał usłyszeć od chłopaka jak wypiera się swoich rodziców. Chciał, żeby to było ich ostatnie wspomnienie nim zginą.
“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight Murtagh Macmillan, Secrets of London