16.11.2022, 21:41 ✶
W tym momencie wymiana zdań państwa Lestrange miała tyle samo sensu, co rozmowa ślepego z głuchym o kolorach. Jedno gadało swoje, drugie swoje, ale żeby się zrozumieć, to już ciężej. Prawdę powiedziawszy przez dłuższy czas tak właśnie wyglądało ich małżeństwo; mieli tak odmienne spojrzenie na świat, tak różne piramidy wartości, że po prostu nie mogli się dogadać.
Na szczęście tym razem sprawa była błahym nieporozumieniem, więc raczej nie zapowiadało się na bitwę o to, kto pierwszy dopadnie pióra, by podpisać papiery rozwodowe.
- Ahaaa - wydała z siebie przeciągły dźwięk oświecenia, który przyszedł raczej później niż wcześniej, ale liczyło się, że w ogóle się pojawił. Jakoś zapomniała na chwilę, że Percy chodził o lasce. Może po prostu miała inną drabinę wartości, może priorytetem były dla niej inne laski. Może to chwilowe przyćmienie. Kto wie? W każdym razie to nie o drewnie pomyślała w pierwszej kolejności. - Wybacz, nie wiem, co się dziś ze mną dzieje. Może nie powinnam pić - pomyślała na głos, patrząc na trzymany przez siebie kieliszek. Podumała nad nim kilka sekund, jednak finalnie go nie odstawiła.
- Swoją drogą, ty masz wybitny talent do nieintencjonalnego przypominania mi o moich niepowodzeniach i słabościach, wiesz? - Oświadczyła z wyrzutem, kiedy wspomniał o jej incydencie z nogą. Popatrzyła na męża znad uniesionych brwi, jedną ręką wciąż trzymając wysoko lampkę wina, drugą opartą na wskroś na piersi jako wsparcie dla pierwszej. Całokształtem wyglądała przy tym tak, jakby zaraz miała rozpocząć kolejną kłótnię. - A może intencjonalnego? - Uniosła brew, drążąc dalej. Klątwa rzucona przez brata dalej była cierniem w boku Eden, nadal nie mogła przeboleć, że dała się mu wrobić jak dziecko. Wolała udawać, że do niczego nie doszło, ale Williamowi zawsze udawało się palnąć coś takiego, co przypominało jej od ręki.
- Część pewnie ma to głęboko w poważaniu, a ci, co się zorientowali, z grzeczności udają głupich i ślepych - odparła bez większego przejęcia na teorię męża o schorzeniu Blacka, a następnie upiła sporawy łyk z kieliszka. Osobiście wiedziała, co dolega Perseuszowi, niemniej nie odkrywała kart tylko dla chwalenia się nimi. O tym z Williamem plotkowali w zaciszu swojego domu, w przerwach od wypominania sobie nawzajem wad i mankamentów osobowości. Oraz innych, bardziej przyziemnych rzeczy.
- Wiem, że bardzo chciałbyś na to jedną uniwersalną odpowiedź, ale obawiam się, kochanie, że to zależy od osoby - wyznała z wyraźnym bólem w oczach, kiedy zapytał o licytowanie sukienek z piórami. Znała Williama na tyle, żeby wiedzieć, że chciał poznać jednoznaczny powód kryjący się za takim postępowaniem. Niemniej, kiedy w grę wchodziły zasoby ludzkie, wszystko stawało się ambiwalentne. - Podług rachunku prawdopodobieństwa najlepszą odpowiedzią będzie jednak, że obydwa. Ciężko w to uwierzyć, ale niektórzy lubią przypominać papugi w miejscach publicznych. - Uniosła wysoko brwi, zmarszczyła czoło, po czym dopiła do końca wino z takim wyrazem twarzy, jakby chciała skrzętnie ukryć w napoju swoje zażenowanie. Nie, żeby była jakąś ikoną stylu, ale nieporęczne ubrania uważała za stratę czasu. I brak rozsądku.
Ciągle czekała na coś godnego wydania swoich ciężko zarobionych (przez kogoś innego) pieniędzy, aż wreszcie dotarli do punktu kulminacyjnego wieczoru. Gdy usłyszała imię Longbottoma jako jednego z fantów do licytacji, zaniosła się serdecznym śmiechem, nagle współczując mu roli. Chyba była to dla niego niespodzianka, bo spostrzegła, jak nerwowo szepce na ucho Brenny. Bogaci ludzie byli nie znośni, a kobiety już zwłaszcza. Naprawdę nie wiedziała, kto był aż tak ogromnym fanem Erika lub był aż tak zdesperowany. Nie miała nic do Longbottoma, co to, to nie, a jeśli już to ciepły sentyment i słabość. Niemniej uważała to za smutne, że istnieli ludzie, którzy musieli się bić o możliwość wyjścia na kolację z mężczyzną, zamiast po prostu być na nią zaproszonym. No ale cóż, żeby do tego dojść, trzeba reprezentować sobą coś więcej niż tylko bogactwo, a oprócz pieniędzy mieć jakąś osobowość.
- Przy mnie możesz mówić, co chcesz - oświadczyła mężowi, obejmując go w pasie jedną ręką. - Och, ktoś tu się chyba zakochał - dodała cicho, kiedy panna Prewett podbiła cenę do tysiąca galeonów. Parsknęła pod nosem, będąc przekonana, że na pewno już to wygrała, bo tylko głupi przebiłby to szaleństwo.
Po czym dosłownie zdębiała, kiedy zauważyła, że do cyrku dołącza się jej rodzony brat.
- Tak, ktoś tu się definitywnie zakochał - mruknęła pod nosem, prostując się. Zaśmiała się cicho, lecz histerycznie, słysząc, że podbił cenę jedynie o jeden galeon. Spojrzała na męża, chcąc złapać z nim kontakt wzrokowy. Wtedy spojrzała przepraszająco, zaciskając usta w wąską kreskę, jakby próbowała się głupio nie śmiać. - Jakby co, to nie bierz tego do siebie. Na żadną kolację nie pójdę, tylko trochę podokuczam - oświadczyła enigmatycznie Willowi, po czym podniosła wolną, odzianą w prześwitującą rękawiczkę rękę i spojrzała prosto na Brennę Longbottom.
- Tysiąc i dwa galeony. - podbiła stawkę donośnym głosem, po czym uśmiechnęła się do brata bliźniaka jak najszerzej potrafiła. Tak, miała go zamiar przebijać przez najbliższe kilka godzin, jeśli trzeba. Eden miała okropne poczucie humoru.
Na szczęście tym razem sprawa była błahym nieporozumieniem, więc raczej nie zapowiadało się na bitwę o to, kto pierwszy dopadnie pióra, by podpisać papiery rozwodowe.
- Ahaaa - wydała z siebie przeciągły dźwięk oświecenia, który przyszedł raczej później niż wcześniej, ale liczyło się, że w ogóle się pojawił. Jakoś zapomniała na chwilę, że Percy chodził o lasce. Może po prostu miała inną drabinę wartości, może priorytetem były dla niej inne laski. Może to chwilowe przyćmienie. Kto wie? W każdym razie to nie o drewnie pomyślała w pierwszej kolejności. - Wybacz, nie wiem, co się dziś ze mną dzieje. Może nie powinnam pić - pomyślała na głos, patrząc na trzymany przez siebie kieliszek. Podumała nad nim kilka sekund, jednak finalnie go nie odstawiła.
- Swoją drogą, ty masz wybitny talent do nieintencjonalnego przypominania mi o moich niepowodzeniach i słabościach, wiesz? - Oświadczyła z wyrzutem, kiedy wspomniał o jej incydencie z nogą. Popatrzyła na męża znad uniesionych brwi, jedną ręką wciąż trzymając wysoko lampkę wina, drugą opartą na wskroś na piersi jako wsparcie dla pierwszej. Całokształtem wyglądała przy tym tak, jakby zaraz miała rozpocząć kolejną kłótnię. - A może intencjonalnego? - Uniosła brew, drążąc dalej. Klątwa rzucona przez brata dalej była cierniem w boku Eden, nadal nie mogła przeboleć, że dała się mu wrobić jak dziecko. Wolała udawać, że do niczego nie doszło, ale Williamowi zawsze udawało się palnąć coś takiego, co przypominało jej od ręki.
- Część pewnie ma to głęboko w poważaniu, a ci, co się zorientowali, z grzeczności udają głupich i ślepych - odparła bez większego przejęcia na teorię męża o schorzeniu Blacka, a następnie upiła sporawy łyk z kieliszka. Osobiście wiedziała, co dolega Perseuszowi, niemniej nie odkrywała kart tylko dla chwalenia się nimi. O tym z Williamem plotkowali w zaciszu swojego domu, w przerwach od wypominania sobie nawzajem wad i mankamentów osobowości. Oraz innych, bardziej przyziemnych rzeczy.
- Wiem, że bardzo chciałbyś na to jedną uniwersalną odpowiedź, ale obawiam się, kochanie, że to zależy od osoby - wyznała z wyraźnym bólem w oczach, kiedy zapytał o licytowanie sukienek z piórami. Znała Williama na tyle, żeby wiedzieć, że chciał poznać jednoznaczny powód kryjący się za takim postępowaniem. Niemniej, kiedy w grę wchodziły zasoby ludzkie, wszystko stawało się ambiwalentne. - Podług rachunku prawdopodobieństwa najlepszą odpowiedzią będzie jednak, że obydwa. Ciężko w to uwierzyć, ale niektórzy lubią przypominać papugi w miejscach publicznych. - Uniosła wysoko brwi, zmarszczyła czoło, po czym dopiła do końca wino z takim wyrazem twarzy, jakby chciała skrzętnie ukryć w napoju swoje zażenowanie. Nie, żeby była jakąś ikoną stylu, ale nieporęczne ubrania uważała za stratę czasu. I brak rozsądku.
Ciągle czekała na coś godnego wydania swoich ciężko zarobionych (przez kogoś innego) pieniędzy, aż wreszcie dotarli do punktu kulminacyjnego wieczoru. Gdy usłyszała imię Longbottoma jako jednego z fantów do licytacji, zaniosła się serdecznym śmiechem, nagle współczując mu roli. Chyba była to dla niego niespodzianka, bo spostrzegła, jak nerwowo szepce na ucho Brenny. Bogaci ludzie byli nie znośni, a kobiety już zwłaszcza. Naprawdę nie wiedziała, kto był aż tak ogromnym fanem Erika lub był aż tak zdesperowany. Nie miała nic do Longbottoma, co to, to nie, a jeśli już to ciepły sentyment i słabość. Niemniej uważała to za smutne, że istnieli ludzie, którzy musieli się bić o możliwość wyjścia na kolację z mężczyzną, zamiast po prostu być na nią zaproszonym. No ale cóż, żeby do tego dojść, trzeba reprezentować sobą coś więcej niż tylko bogactwo, a oprócz pieniędzy mieć jakąś osobowość.
- Przy mnie możesz mówić, co chcesz - oświadczyła mężowi, obejmując go w pasie jedną ręką. - Och, ktoś tu się chyba zakochał - dodała cicho, kiedy panna Prewett podbiła cenę do tysiąca galeonów. Parsknęła pod nosem, będąc przekonana, że na pewno już to wygrała, bo tylko głupi przebiłby to szaleństwo.
Po czym dosłownie zdębiała, kiedy zauważyła, że do cyrku dołącza się jej rodzony brat.
- Tak, ktoś tu się definitywnie zakochał - mruknęła pod nosem, prostując się. Zaśmiała się cicho, lecz histerycznie, słysząc, że podbił cenę jedynie o jeden galeon. Spojrzała na męża, chcąc złapać z nim kontakt wzrokowy. Wtedy spojrzała przepraszająco, zaciskając usta w wąską kreskę, jakby próbowała się głupio nie śmiać. - Jakby co, to nie bierz tego do siebie. Na żadną kolację nie pójdę, tylko trochę podokuczam - oświadczyła enigmatycznie Willowi, po czym podniosła wolną, odzianą w prześwitującą rękawiczkę rękę i spojrzała prosto na Brennę Longbottom.
- Tysiąc i dwa galeony. - podbiła stawkę donośnym głosem, po czym uśmiechnęła się do brata bliźniaka jak najszerzej potrafiła. Tak, miała go zamiar przebijać przez najbliższe kilka godzin, jeśli trzeba. Eden miała okropne poczucie humoru.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~