26.11.2023, 01:07 ✶
23 maja
Jak większość Brygadzistów i aurorów - Brenna była w maju dużo bardziej zajęta niż zwykle, bo skumulowały się efekty Beltane z tym, że prowadziła ostatnio wiele spraw niezależnych od tego, co wydarzyło się na Polanie Ognisk. A tego dnia, jedynego, gdy mogła wpaść do Bonesa i wezwano ją akurat na przesłuchanie, miała za sobą całe trzy godziny snu. Snu, podczas którego ganiała się z mordercą w koszmarach Victorii, potem biła się z cholernie dobrym w bójkach wampirem, potem była z przyjaciółką w Mungu, a wreszcie nad ranem kłóciła na trawniku z Bulstrodem i dowiedziała się, że łączy ją dziwna, magiczna więź z człowiek, który najchętniej by ją udusił i był jednym z największych kobieciarzy w Departamencie.
Nic dziwnego, że tego ranka piła kawę prosto z dzbanka, nie mając głowy do szukania kubka, a do gabinetu wtoczyła się na wpół żywa i bez tej energii, jaką zwykle prezentowała światu. Jej szare komórki nie załączyły się też na tyle, by z miejsca skojarzyła, o co chodzi: raczej zastanawiała się, czy ktoś nie wyniuchał jakichś jej na wpółlegalnych spraw i zaraz sama nie dostanie opierdolu. A o sprawie tej całej głowy nie wiedziała wiele albo nie wiedziała zupełnie niczego. Greyback biegający po Dolinie miał się jej objawić dopiero za parę dni, Dumbledore przekazać strzępy informacji za miesiąc, Patrick wysłać własną, wiele mówiącą wiadomość pod koniec czerwca, a na list z propozycją widmowidzenia nic jej nie odpowiedziano. (Chociaż spodziewała się, że podrzucający był okluementą i nic nie zobaczy, to zweryfikowanie tego już by zawężyło krąg podejrzanych, wszak wchodząc do biura się odmeldowano, a kto z obecnych był oklumentą mogli sprawdzić Bletchleyowie...) W tej chwili była więc raczej bezużyteczna w całym śledztwie.
To znaczy, gdyby dostała opis całej sytuacji i została zapytana o to wprost, mogłaby pewnie powiedzieć coś w stylu "gdybym miała kogoś podejrzewać z Biura, byłby to Stanley Borgin". Rzecz w tym, że nie wynikałoby to z żadnych faktów, a wyłącznie z uprzedzeń związanych z tym, że któryś z dwóch Borginów groził Dorze Crawley śmiercią - i obstawiała raczej Stanleya niż Anthonyego. Ale Dora oficjalnie zaginęła wiele lat temu, a nawet Brenna wiedziała, że nie może rzucać takich oskarżeń pochopnie, zaś poza własną niechęcią nie miała absolutnie żadnych przesłanek, aby podejrzewać czy Stanleya, czy kogokolwiek innego.
Skoro jednak przełożony wzywał, pracownik musiał, Brenna więc grzecznie zajęła miejsce i odpowiadała na każde zadane jej pytanie. Wyczerpująco, chociaż też – w przeciwieństwie do swojego „codziennego” sposobu wyrażania się – bardzo rzeczowo, zawierając wyłącznie absolutnie niezbędne informacje. I przynajmniej tego dnia nie zastanawiała się, o co mogło chodzić i co takiego kryło się za niektórymi spojrzeniami czy pytaniami – takie analizy miała zacząć przeprowadzać dopiero za jakiś czas.
Na pytania odnośnie Derwina Brenna odpowiadała spokojnie, pozornie przynajmniej nie okazując żadnych emocji. Zrelacjonowała przełożonym bez oporów wszystko, co zrobiła i czego się dowiedziała w tej sprawie. Od stanu ciała, znalezieniu miejsca, z którego zabrano jego ciało i prób widmowidzenia, przez rozmowy ze specjalistami na temat stanu ciała wuja aż po wszystkie swoje spotkania z widmami i wnioski odnośnie ich natury, a także hipotezy. Wspomniała o sylwetce śmierciożercy na tle płomieni, o tym, że w tej wizji wuj chwiał się już na nogach i prawdopodobnie to z jego ręki zginął. O tym, że był tam sam i jeżeli ktoś walczył wcześniej u jego boku, to Brenna w widmowidzeniu tej osoby nie zobaczyła. O istotach widocznych w pobliżu ognia, jakby ściągniętych na polanę, którym ten ogień był niestraszny. O potencjalnym podobieństwie do dementorów i o tym, że nikt – ani specjaliści od magicznych istot, ani od teorii magii, ani patolodzy, z którymi rozmawiała (chociaż podawania nazwisk w miarę możliwości unikała) – nie natknął się dotąd na nic takiego. I że nie zdołała niczego znaleźć w żadnej z książek, które przeszukała, a przejrzała ich na Horyzontalnej bardzo wiele, zgodnie z podpowiedziami od ekspertów. Że dość zgodnie powtarzano jej, że to raczej nie jest „robota” śmierciożerców, a nowych, nie sklasyfikowanych jeszcze istot. O tym, że jej zdaniem albo mogły wyjść z limbo, albo co równie prawdopodobne, w jakiś sposób energia świateł lub ognisk je przyciągnęła – bo w widmowidzeniu zdawały się nadciągać na skraj polany. Że miała problemy z zobaczeniem ich w wizjach, że rzucone appare vestigum wskazywało na to, że zostawiały różnorodne ślady, jakby niektóre z nich tę magię już w sobie miały, a inne nie. (Tu też Patrick widział różnorodne aury, ale tego konkretnego argumentu Brenna wolała nie podnosić, pozostawiając Stewardowi decyzję, co chce dokładnie powiedzieć.) Że być może rosły – lub już urosły – w siłę: co wnioskowała na podstawie po pierwsze rezultatów rzuconych zaklęć, po drugie, że wolontariusze się na nie natknęli, ale ich nie spotkali i zdołali uciec, a potem już taka Mildred czy dwójka ludzi z Doliny mieli mniej szczęścia. Że mogły żerować i na tym, co żywe, co udowodniał przypadek Mildred, i na tym, co martwe – Brenna była dość pewna, że Derwina dopadły już po śmierci, chociaż tu nie wdawała się w szczegóły, ani myśląc wspominać, że Mavelle widziała, jak zginął. A nawet na przedmiotach, jakby wykradały z nich… to, co pozwalało widmowidzom takim jak Brenna sięgać w przeszłość – echa magii? Życia? To, co odciskało swoje piętno. Opisała też, w jaki sposób czuła się w ich pobliżu: i że faktycznie uczucie to było całkiem podobne do tego, jakie człowieka nawiedzało w pobliżu dementorów. Brenna nie kryła niemal niczego (no, może poza tym, że rzucała patronusy na lewo i prawo – o takich rzeczach jednak nie mówisz szefowej Biura Aurorów i szefowi Biura Brygady Uderzeniowej). Po pierwsze, Brenna wysłała już raport na ten temat do Caspiana Bonesa, który pewnie leżał gdzieś na jego biurku pośród innych dokumentów, czekających aż Caspian znajdzie dla nich czas, po drugie, Moody była w Zakonie Feniksa. Nie było więc żadnych powodów, aby kryła przed nimi te informacje.
Sama nie weszła do ognia, ale bardzo krótko wspomniała, że widziała w nim dziwne obrazy i własne wspomnienia: i że zdawał się przynajmniej przez chwilę wzywać i wabić.
Jeżeli padłyby pytania o zebranie przed Beltane – miała zamiar odpowiedzieć uczciwie, na tyle, na ile to pamiętała, chociaż po czterech tygodniach i wydarzeniach Beltane niekoniecznie było to łatwe (co też zresztą przyznała). W pamięci Brenny utkwiło głównie, że Chester jasno dawał znać, że Thomasem pogardza i był najwyraźniej zdania, że wszyscy przyszli tam poczekać, co ustali on i ewentualnie Erik, a potem wysłuchać instrukcji, a na słowa o tym, że chyba dostali nieco inne informacje, nie reagował. Że potem go zignorowała i po prostu poszła robić swoje, kompletnie się na niego nie oglądając – też nie zamierzała kryć, jeżeli ktoś by o to dopytywał. Jeżeli jednak nikt o to zebranie nie pytał, to nie zamierzała poruszać tematu, bo po prawdzie teraz wcale nie zdawał się jej istotny po tym wszystkim, co się stało.
Jeśli szło o Heather i jej obrażenia…
– Byłam w innym miejscu i nie widziałam większości walki, jaką toczyli, ale jak sądzę, w dużej mierze do aż tak złego stanu Brygadzistki Wood przyczyniło się to, że rzuciła się pani na pomoc, kiedy Brygadzistka Moss zaczęła wzywać pomocy. Najpierw musiała przedrzeć się przez wiatr, potem rzucała zaklęcia, zresztą skutecznie pozbawiła maski jednego ze śmierciożerców. Nie byłoby źle, gdyby… natura nie oszalała. Wicher dość mocno miotnął nią o ziemię. Później ja też nie pomogłam, kiedy zabrałam ją na ręce – zrelacjonowała Brenna beznamiętnie. Gdyby od razu ostrożnie unieruchomić Wood i zabrać do medyków, pewnie szybko postawiliby ją na nogi, a postępowanie Brenny wtedy tylko mogło pogłębić urazy. Niestety, huragan nie dawał dużego pola manewru. – Tkwiłyśmy kilka godzin pod ziemią, w raczej niewygodnej pozycji, zasypywane przez ziemię. To oraz opóźnienie pomocy medycznej więc na pewno przyczyniło się do tego, że jej obrażenia były tak poważne. Ten wicher i niemożność teleportacji w dużej mierze na pewno złożyły się na to, że Brygadzistka Wood musiała spędzić w szpitalu kilka tygodni.
Nie było zadaniem Brenny ocenianie tego, kto postąpił na Polanie dobrze, a kto nie ale zdecydowanie nie obwiniała swojej partnerki za to, że coś zrobiła albo nie zrobiła. Ktoś mógłby kłócić się, że Heather nie powinna gnać na pomoc Harper – ale wtedy po pierwsze, Moody mogłaby nie żyć, po drugie, ciężko uznać za dobrego Brygadzistę takiego, który nie zareagowałaby na błagania o pomoc poparzonej i czołgającej się po ziemi koleżanki z pracy.
– Jest coś, o czym powinnam wiedzieć? Albo coś, w czym mogłabym jakoś pomóc? – spytała na zakończenie, odruchowo ściszając głos. Nie zamierzała nalegać na odpowiedzi, bo ostatecznie tutaj była tylko marną Detektyw, a Harper szefową biura: nie byli na zebraniu Zakonu Feniksa, a nawet jeżeli tak by się stało, Moody pewnie prędzej rozmawiałaby z Patrickiem, Alastorem albo Dumbledorem.
Ot po prostu musiała zapytać. Nie byłaby sobą, gdyby tego nie zrobiła.
A jeśli byłaby taka możliwość, to przy pierwszej okazji, pod nieobecność Caspiania, czy teraz czy później – bo może i był mężem jej zmarłej ciotki i ojcem ukochanej kuzynki, ale nie należał do Zakonu, nie ufała więc mu w zupełności – miała zamiar spytać też, czy udało się złamać zabezpieczenie różdżki (bo jedną z dwóch przekazała Harper), wspomnieć, że to schwytany śmierciożerca i jego brat ukradli kamienie Shafiqów, a Voldemort tenże kamień prawdopodobnie trzymał w ręku, gdy objawił się w ogniu i jeszcze raz zaoferować pomoc.
Także nieoficjalnie, niekoniecznie jako Detektyw Brygady.
Odkryj wiadomość pozafabularną
Biegający Greyback
Potem jeszcze Bren parę słów powiedział Dumbel, ale to było już w czerwcu i przesłał jej informację Patrick, w dniu przesłuchania.
Jeśli trzeba listy sesji rozegranych w sprawie Derwina i widm oraz linków do listów (w tym raportu), na podstawie których Brenna ma te wszystkie przekazane informacje, to ją dostarczę.
Jak większość Brygadzistów i aurorów - Brenna była w maju dużo bardziej zajęta niż zwykle, bo skumulowały się efekty Beltane z tym, że prowadziła ostatnio wiele spraw niezależnych od tego, co wydarzyło się na Polanie Ognisk. A tego dnia, jedynego, gdy mogła wpaść do Bonesa i wezwano ją akurat na przesłuchanie, miała za sobą całe trzy godziny snu. Snu, podczas którego ganiała się z mordercą w koszmarach Victorii, potem biła się z cholernie dobrym w bójkach wampirem, potem była z przyjaciółką w Mungu, a wreszcie nad ranem kłóciła na trawniku z Bulstrodem i dowiedziała się, że łączy ją dziwna, magiczna więź z człowiek, który najchętniej by ją udusił i był jednym z największych kobieciarzy w Departamencie.
Nic dziwnego, że tego ranka piła kawę prosto z dzbanka, nie mając głowy do szukania kubka, a do gabinetu wtoczyła się na wpół żywa i bez tej energii, jaką zwykle prezentowała światu. Jej szare komórki nie załączyły się też na tyle, by z miejsca skojarzyła, o co chodzi: raczej zastanawiała się, czy ktoś nie wyniuchał jakichś jej na wpółlegalnych spraw i zaraz sama nie dostanie opierdolu. A o sprawie tej całej głowy nie wiedziała wiele albo nie wiedziała zupełnie niczego. Greyback biegający po Dolinie miał się jej objawić dopiero za parę dni, Dumbledore przekazać strzępy informacji za miesiąc, Patrick wysłać własną, wiele mówiącą wiadomość pod koniec czerwca, a na list z propozycją widmowidzenia nic jej nie odpowiedziano. (Chociaż spodziewała się, że podrzucający był okluementą i nic nie zobaczy, to zweryfikowanie tego już by zawężyło krąg podejrzanych, wszak wchodząc do biura się odmeldowano, a kto z obecnych był oklumentą mogli sprawdzić Bletchleyowie...) W tej chwili była więc raczej bezużyteczna w całym śledztwie.
To znaczy, gdyby dostała opis całej sytuacji i została zapytana o to wprost, mogłaby pewnie powiedzieć coś w stylu "gdybym miała kogoś podejrzewać z Biura, byłby to Stanley Borgin". Rzecz w tym, że nie wynikałoby to z żadnych faktów, a wyłącznie z uprzedzeń związanych z tym, że któryś z dwóch Borginów groził Dorze Crawley śmiercią - i obstawiała raczej Stanleya niż Anthonyego. Ale Dora oficjalnie zaginęła wiele lat temu, a nawet Brenna wiedziała, że nie może rzucać takich oskarżeń pochopnie, zaś poza własną niechęcią nie miała absolutnie żadnych przesłanek, aby podejrzewać czy Stanleya, czy kogokolwiek innego.
Skoro jednak przełożony wzywał, pracownik musiał, Brenna więc grzecznie zajęła miejsce i odpowiadała na każde zadane jej pytanie. Wyczerpująco, chociaż też – w przeciwieństwie do swojego „codziennego” sposobu wyrażania się – bardzo rzeczowo, zawierając wyłącznie absolutnie niezbędne informacje. I przynajmniej tego dnia nie zastanawiała się, o co mogło chodzić i co takiego kryło się za niektórymi spojrzeniami czy pytaniami – takie analizy miała zacząć przeprowadzać dopiero za jakiś czas.
Na pytania odnośnie Derwina Brenna odpowiadała spokojnie, pozornie przynajmniej nie okazując żadnych emocji. Zrelacjonowała przełożonym bez oporów wszystko, co zrobiła i czego się dowiedziała w tej sprawie. Od stanu ciała, znalezieniu miejsca, z którego zabrano jego ciało i prób widmowidzenia, przez rozmowy ze specjalistami na temat stanu ciała wuja aż po wszystkie swoje spotkania z widmami i wnioski odnośnie ich natury, a także hipotezy. Wspomniała o sylwetce śmierciożercy na tle płomieni, o tym, że w tej wizji wuj chwiał się już na nogach i prawdopodobnie to z jego ręki zginął. O tym, że był tam sam i jeżeli ktoś walczył wcześniej u jego boku, to Brenna w widmowidzeniu tej osoby nie zobaczyła. O istotach widocznych w pobliżu ognia, jakby ściągniętych na polanę, którym ten ogień był niestraszny. O potencjalnym podobieństwie do dementorów i o tym, że nikt – ani specjaliści od magicznych istot, ani od teorii magii, ani patolodzy, z którymi rozmawiała (chociaż podawania nazwisk w miarę możliwości unikała) – nie natknął się dotąd na nic takiego. I że nie zdołała niczego znaleźć w żadnej z książek, które przeszukała, a przejrzała ich na Horyzontalnej bardzo wiele, zgodnie z podpowiedziami od ekspertów. Że dość zgodnie powtarzano jej, że to raczej nie jest „robota” śmierciożerców, a nowych, nie sklasyfikowanych jeszcze istot. O tym, że jej zdaniem albo mogły wyjść z limbo, albo co równie prawdopodobne, w jakiś sposób energia świateł lub ognisk je przyciągnęła – bo w widmowidzeniu zdawały się nadciągać na skraj polany. Że miała problemy z zobaczeniem ich w wizjach, że rzucone appare vestigum wskazywało na to, że zostawiały różnorodne ślady, jakby niektóre z nich tę magię już w sobie miały, a inne nie. (Tu też Patrick widział różnorodne aury, ale tego konkretnego argumentu Brenna wolała nie podnosić, pozostawiając Stewardowi decyzję, co chce dokładnie powiedzieć.) Że być może rosły – lub już urosły – w siłę: co wnioskowała na podstawie po pierwsze rezultatów rzuconych zaklęć, po drugie, że wolontariusze się na nie natknęli, ale ich nie spotkali i zdołali uciec, a potem już taka Mildred czy dwójka ludzi z Doliny mieli mniej szczęścia. Że mogły żerować i na tym, co żywe, co udowodniał przypadek Mildred, i na tym, co martwe – Brenna była dość pewna, że Derwina dopadły już po śmierci, chociaż tu nie wdawała się w szczegóły, ani myśląc wspominać, że Mavelle widziała, jak zginął. A nawet na przedmiotach, jakby wykradały z nich… to, co pozwalało widmowidzom takim jak Brenna sięgać w przeszłość – echa magii? Życia? To, co odciskało swoje piętno. Opisała też, w jaki sposób czuła się w ich pobliżu: i że faktycznie uczucie to było całkiem podobne do tego, jakie człowieka nawiedzało w pobliżu dementorów. Brenna nie kryła niemal niczego (no, może poza tym, że rzucała patronusy na lewo i prawo – o takich rzeczach jednak nie mówisz szefowej Biura Aurorów i szefowi Biura Brygady Uderzeniowej). Po pierwsze, Brenna wysłała już raport na ten temat do Caspiana Bonesa, który pewnie leżał gdzieś na jego biurku pośród innych dokumentów, czekających aż Caspian znajdzie dla nich czas, po drugie, Moody była w Zakonie Feniksa. Nie było więc żadnych powodów, aby kryła przed nimi te informacje.
Sama nie weszła do ognia, ale bardzo krótko wspomniała, że widziała w nim dziwne obrazy i własne wspomnienia: i że zdawał się przynajmniej przez chwilę wzywać i wabić.
Jeżeli padłyby pytania o zebranie przed Beltane – miała zamiar odpowiedzieć uczciwie, na tyle, na ile to pamiętała, chociaż po czterech tygodniach i wydarzeniach Beltane niekoniecznie było to łatwe (co też zresztą przyznała). W pamięci Brenny utkwiło głównie, że Chester jasno dawał znać, że Thomasem pogardza i był najwyraźniej zdania, że wszyscy przyszli tam poczekać, co ustali on i ewentualnie Erik, a potem wysłuchać instrukcji, a na słowa o tym, że chyba dostali nieco inne informacje, nie reagował. Że potem go zignorowała i po prostu poszła robić swoje, kompletnie się na niego nie oglądając – też nie zamierzała kryć, jeżeli ktoś by o to dopytywał. Jeżeli jednak nikt o to zebranie nie pytał, to nie zamierzała poruszać tematu, bo po prawdzie teraz wcale nie zdawał się jej istotny po tym wszystkim, co się stało.
Jeśli szło o Heather i jej obrażenia…
– Byłam w innym miejscu i nie widziałam większości walki, jaką toczyli, ale jak sądzę, w dużej mierze do aż tak złego stanu Brygadzistki Wood przyczyniło się to, że rzuciła się pani na pomoc, kiedy Brygadzistka Moss zaczęła wzywać pomocy. Najpierw musiała przedrzeć się przez wiatr, potem rzucała zaklęcia, zresztą skutecznie pozbawiła maski jednego ze śmierciożerców. Nie byłoby źle, gdyby… natura nie oszalała. Wicher dość mocno miotnął nią o ziemię. Później ja też nie pomogłam, kiedy zabrałam ją na ręce – zrelacjonowała Brenna beznamiętnie. Gdyby od razu ostrożnie unieruchomić Wood i zabrać do medyków, pewnie szybko postawiliby ją na nogi, a postępowanie Brenny wtedy tylko mogło pogłębić urazy. Niestety, huragan nie dawał dużego pola manewru. – Tkwiłyśmy kilka godzin pod ziemią, w raczej niewygodnej pozycji, zasypywane przez ziemię. To oraz opóźnienie pomocy medycznej więc na pewno przyczyniło się do tego, że jej obrażenia były tak poważne. Ten wicher i niemożność teleportacji w dużej mierze na pewno złożyły się na to, że Brygadzistka Wood musiała spędzić w szpitalu kilka tygodni.
Nie było zadaniem Brenny ocenianie tego, kto postąpił na Polanie dobrze, a kto nie ale zdecydowanie nie obwiniała swojej partnerki za to, że coś zrobiła albo nie zrobiła. Ktoś mógłby kłócić się, że Heather nie powinna gnać na pomoc Harper – ale wtedy po pierwsze, Moody mogłaby nie żyć, po drugie, ciężko uznać za dobrego Brygadzistę takiego, który nie zareagowałaby na błagania o pomoc poparzonej i czołgającej się po ziemi koleżanki z pracy.
– Jest coś, o czym powinnam wiedzieć? Albo coś, w czym mogłabym jakoś pomóc? – spytała na zakończenie, odruchowo ściszając głos. Nie zamierzała nalegać na odpowiedzi, bo ostatecznie tutaj była tylko marną Detektyw, a Harper szefową biura: nie byli na zebraniu Zakonu Feniksa, a nawet jeżeli tak by się stało, Moody pewnie prędzej rozmawiałaby z Patrickiem, Alastorem albo Dumbledorem.
Ot po prostu musiała zapytać. Nie byłaby sobą, gdyby tego nie zrobiła.
A jeśli byłaby taka możliwość, to przy pierwszej okazji, pod nieobecność Caspiania, czy teraz czy później – bo może i był mężem jej zmarłej ciotki i ojcem ukochanej kuzynki, ale nie należał do Zakonu, nie ufała więc mu w zupełności – miała zamiar spytać też, czy udało się złamać zabezpieczenie różdżki (bo jedną z dwóch przekazała Harper), wspomnieć, że to schwytany śmierciożerca i jego brat ukradli kamienie Shafiqów, a Voldemort tenże kamień prawdopodobnie trzymał w ręku, gdy objawił się w ogniu i jeszcze raz zaoferować pomoc.
Także nieoficjalnie, niekoniecznie jako Detektyw Brygady.
Rzut 1d100 - 26
Biegający Greyback
Potem jeszcze Bren parę słów powiedział Dumbel, ale to było już w czerwcu i przesłał jej informację Patrick, w dniu przesłuchania.
Jeśli trzeba listy sesji rozegranych w sprawie Derwina i widm oraz linków do listów (w tym raportu), na podstawie których Brenna ma te wszystkie przekazane informacje, to ją dostarczę.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.