Nie, nie brzmiała przekonująco. Ale ten szept z jej ust (niemal szept) był tak słaby, że stanowił wyraz jej dumy i przekonania, że sobie w życiu poradzi. Musi sobie poradzić. Wiedział o niej całkiem niewiele - o tym, jak żyła, jak funkcjonowała, w jakie kształty układały się jej chmury na niebie, kiedy spała i wędrowała po innych krainach. Gdzieś pomiędzy. Nie frunąc ani w marzenia, ani nie dotykając jawy. Wielką zagadką było jak dotąd, jak funkcjonował ludzki umysł, że tworzył sny w taki sposób. Uśmiechnął się na te słowa, bo rozumiał, bo poruszało go to. Ona go poruszała - tak, z tą niewinnością i prostotą swoich życzeń i słów, choć byłoby bardzo źle, gdyby prostotę pomylił ktoś z prostackością. Ponieważ pomimo tej prostoty jej świat i emocje nie były rozłożone na płaszczyźnie. Zwijała je - jak te bułeczki cynamonowe. Chciała, żeby ktoś ją odwinął. Chciała, żeby ktoś ten świat, poskładany w swoje kręgi i pozamykany przed światem zewnętrznym rozłożył i nie uczynił przy tym krzywdy. Czy tak się dało? Laurent żadnej krzywdy dla niej nie chciał. Za to z całą pewnością chciał wsunąć dłonie w ten świat i go zbadać. Wnieść do niego to słońce, którego chciała i którego potrzebowała - bo tak samo on potrzebował niej samej. Ciekawość wiodła go do niej już od momentu spotkania w New Forest. Kiedy nic się nie zmienili i jednocześnie każdy z nich zmienił się całkowicie. Już nie "chłopak" i "dziewczyna". Już kobieta i mężczyzna.
Ikar bardzo źle skończył, gdy próbował zbliżyć się do słońca.
Zmienił perfumy. Nie otaczał go już ten sam zapach, ale to nie oznaczało, że stał się Olivii dalszy od jednego z zapachów, jaki wyczuwała w amortencji. Był jeszcze bliższy. Bo teraz otulał go zapach perfum bazowanych na drzewnych nutach w swojej podstawie. Jakby to w ogóle nie było przypadkowym, a celowym działaniem, ale nie. Tamte perfumy, które zdołały już wywietrzeć, były nieco większym "przypadkiem" niż te, które miał na sobie teraz. Spoglądał w jej oczy, kiedy czyniła swoje badania i chociaż pozornie nic się nie zmieniło, to niemal czuł, jak kobieta pod jego palcami się roztapia. Jak jego palce trafiają na podatny grunt, jak wychodzą naprzeciw temu, czego niewiasta potrzebowała. Pożądała - nawet jeśli na głos nie padły takie deklaracje. Pod wpływem dotyku jej palców rozchylił wargi. I sam pochylił się w jej kierunku, wychodząc na spotkanie jej motylich ust. Wyciągnął drugą rękę, ułożył na jej plecach i zachęcająco przyciągnął ją do siebie po tym muśnięciu, by połączyć ich usta drugi raz, trzeci, czwarty. Obsypując ją pocałunkami, by z każdym kosztować więcej, dłużej, intensywniej. Nie ma się czego obawiać - mówiły jego oczy. Ciepłe, równie przyzwalające jak jego gest, oddające jej cześć i hołd w podziwie dla jej piękna, delikatności i zmysłowości, dla pobudzenia serca, jakie w nim tworzyła. Kobiety były jak dzieła sztuki. Laurent nie znał lepszego sposobu do wyrażenia swojej admiracji dla nich ponad dotykiem, bo mimo jego bogatego słownictwa nie potrafił znaleźć zdań, które opisałyby to odczucie piękna w wystarczająco dobry sposób.
Bardzo uważnie badał granicę w przestrzeni, gdzie sprawiało jej to przyjemność, a gdzie się chciała wycofać, kiedy jego wargi przesunęły się na jej skórę na szyi, by tam ją musnąć, kiedy jedna jego dłoń zsunęła się na jej talie i przesunęła niżej - na biodro, potem na udo, ale na zewnętrzną stronę. Kiedy tymi palcami badał zagięcia materiału jej sukienki bardzo powoli wędrując na jej kolano, by zatrzymać się na granicy.
- Na pewno nie potrzebujesz troski? - Zapytał szeptem, spoglądając z uśmiechem znów w jej śliczne, roziskrzone oczy. - Mam przestać? - Zapytał szeptem prosto na jej ucho, muskając znów wargami jej skórę.