30.11.2023, 21:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.12.2023, 19:59 przez Mavelle Bones.)
-Nie jestem w stanie tego określić, ale każda manipulacja ludzką energią jest igraniem z cudzym życiem lub niebytem - przebrzmiało w odpowiedzi.
Longbottom bardzo dobrze znała swoją kuzynkę. Znakomicie wręcz. Bo tak, zaserwowano im dokładnie takie informacje, ze Bones przez chwilę pożałowała, że nie miała nic przeciwko temu, aby Brenna pozostała w trakcie rozmowy ze specjalistą. Jakby… i tak znała większość aspektów całej sprawy, poczynając od limbo i idąc przez skutki tej „wycieczki”, ale to…
… nie, żeby była zaskoczona. Miała wszak tę myśl z tyłu głowy, bawiła się nią, ale najwyraźniej była chyba na tyle abstrakcyjna, że nie spędzała dni trzęsąc się ze strachu, czy ujrzy kolejny świt. I powodem nieujrzenia wcale nie byłby jakiś mocno oporny przestępca, dokładający wszelkich starań, by nie zostać pochwyconym czy też śmierciożerca…
Tak, Mavelle z całą pewnością ukryłaby tę informację. Przynajmniej z początku. Bo po wyjściu z gabinetu dołożyłaby wszelkich starań, by miały jak najbardziej udany urlop, może by zdążyła wyszarpać jeszcze dzień-dwa wycieczki (tatuś-szef czasem jednak się przydaje), a potem… potem pewnie by się przyznała.
Bo nie tylko jej życie leżało na szali. Patrick, ich przyjaciel i szef. Victoria, przyjaciółka Brenny. Atreus… może nie darzyła go szczególną sympatią, ale czy to znaczy, że miała bez mrugnięcia okiem zachować to dla siebie? Zresztą, był Bulstrode, a w czarodziejskim świecie zbieżność nazwisk nie bywała tak bardzo przypadkowa. Lepiej nie wkurzać kogoś, kto w teorii ma zdjąć z ciebie potężną klątwę…
- Albo równie dobrze nie musimy robić nic – mruknęła cicho, tonem takim, jakby rozmawiała o rodzajach kawy czy coś w ten deseń. Ot, robiła dobrą minę do złej gry – ale jak inaczej miała postąpić? Załamać się tu i teraz? Zdecydowanie nie.
Tyle że „robienie nic” trochę się kłóciło z naturą Bones. Czasem, owszem, należało powściągnąć odruchy i najzwyczajniej w świecie poczekać, ale tutaj… tutaj to niemalże dosłownie słyszała przesypujący się w klepsydrze piasek. I widziała ją. Tylko, no właśnie: co się stanie, gdy piasek przesypie się do końca? Zimno ją opuści? Czy też jednak… cholera, niby dość regularnie robiła przegląd swoich spraw i je porządkowała na wszelki wypadek (cóż, miała pracę taką, jaką miała – nie, żeby narzekała; ot, ryzyko było wpisane w ten zawód i tyle, więc po prostu trzymała rękę na pulsie – tylko tyle i aż tyle), to jednak teraz pojawiła się myśl, że to właśnie pora na kolejny taki przegląd.
- Czyli umrę albo wrócę do tego, jaka byłam, bez żadnej ingerencji – podsumowała krótko – Czego jeszcze, pana zdaniem, powinnam się spodziewać?
- Trudno mi powiedzieć, panno Bones. Wszystkie żywe trupy różnią się od siebie, powinna pani znaleźć swoje źródło energii, żeby tego się dowiedzieć.
- Czyli co? Mam wrócić do limbo? – zmarszczyła brwi. To stamtąd miała tę energię, która uczyniła ją tym, kim była. Tam leżało jej źródło, przynajmniej w rozumieniu Bones. Ale… Nie, pokręcił głową, to nie był właściwy trop.
- Nie, nie, żeby to zrobić, to musiałaby panna przecież umrzeć. A tu trzeba zabrać z limbo to, co zostało stracone.
- Zatem jak tego dokonać? Wcześniej do wymiany energii doszło, bo znalazłam się w limbo, jak więc odzyskać to, co straciłam, nie wchodząc do niego…? – im dłużej rozmawiali, tym bardziej miała wrażenie, że nic nie wie. Przyszły po odpowiedzi, a póki co – jedynie mnożyły się pytania i nie była pewna, czy zaraz nie okaże się, że wyjdą stąd z poczuciem porażki…
- Jeśli dobrze zrozumiałem to panna wcześniej musiała przejść jakieś próby, prawda? Sugerowałbym zatem umocnić więź z tym światem.
- Prawda jest taka, panie Karrlson, że na dobrą sprawę nie jestem pewna, czy faktycznie przeżyłam tam coś, co dałoby się określić mianem próby – stwierdziła, starając się ukryć zniecierpliwienie. Rzuciła krótkie spojrzenie w stronę Brenny, po czym ponownie skupiła się na mężczyźnie – Jedyne, co mi się z tym kojarzy, to właśnie ten moment, kiedy ujrzałam osobę, o której wspominałam, moment, w którym stanęłam przed wyborem: poddać się i rozpłynąć we wspomnieniach czy też odwrócić cykl. Później… w zasadzie się spóźniliśmy, ale był tam kamień, to wyglądało, jakby miała zostać otwarta brama. tyle że kamień zniszczyliśmy, co najwyraźniej… jak to ująć… pozwoliło światu na rozpoczęcie leczenia swych ran, jakkolwiek by to nie brzmiało – bo przecież w świecie, jaki znali, nie dało się od razu stwierdzić, że dokładnie tu zachodzi jakikolwiek proces „leczenia”. Już, w tej chwili, postępujący coraz bardziej z każdą następną sekundą.
Longbottom bardzo dobrze znała swoją kuzynkę. Znakomicie wręcz. Bo tak, zaserwowano im dokładnie takie informacje, ze Bones przez chwilę pożałowała, że nie miała nic przeciwko temu, aby Brenna pozostała w trakcie rozmowy ze specjalistą. Jakby… i tak znała większość aspektów całej sprawy, poczynając od limbo i idąc przez skutki tej „wycieczki”, ale to…
… nie, żeby była zaskoczona. Miała wszak tę myśl z tyłu głowy, bawiła się nią, ale najwyraźniej była chyba na tyle abstrakcyjna, że nie spędzała dni trzęsąc się ze strachu, czy ujrzy kolejny świt. I powodem nieujrzenia wcale nie byłby jakiś mocno oporny przestępca, dokładający wszelkich starań, by nie zostać pochwyconym czy też śmierciożerca…
Tak, Mavelle z całą pewnością ukryłaby tę informację. Przynajmniej z początku. Bo po wyjściu z gabinetu dołożyłaby wszelkich starań, by miały jak najbardziej udany urlop, może by zdążyła wyszarpać jeszcze dzień-dwa wycieczki (tatuś-szef czasem jednak się przydaje), a potem… potem pewnie by się przyznała.
Bo nie tylko jej życie leżało na szali. Patrick, ich przyjaciel i szef. Victoria, przyjaciółka Brenny. Atreus… może nie darzyła go szczególną sympatią, ale czy to znaczy, że miała bez mrugnięcia okiem zachować to dla siebie? Zresztą, był Bulstrode, a w czarodziejskim świecie zbieżność nazwisk nie bywała tak bardzo przypadkowa. Lepiej nie wkurzać kogoś, kto w teorii ma zdjąć z ciebie potężną klątwę…
- Albo równie dobrze nie musimy robić nic – mruknęła cicho, tonem takim, jakby rozmawiała o rodzajach kawy czy coś w ten deseń. Ot, robiła dobrą minę do złej gry – ale jak inaczej miała postąpić? Załamać się tu i teraz? Zdecydowanie nie.
Tyle że „robienie nic” trochę się kłóciło z naturą Bones. Czasem, owszem, należało powściągnąć odruchy i najzwyczajniej w świecie poczekać, ale tutaj… tutaj to niemalże dosłownie słyszała przesypujący się w klepsydrze piasek. I widziała ją. Tylko, no właśnie: co się stanie, gdy piasek przesypie się do końca? Zimno ją opuści? Czy też jednak… cholera, niby dość regularnie robiła przegląd swoich spraw i je porządkowała na wszelki wypadek (cóż, miała pracę taką, jaką miała – nie, żeby narzekała; ot, ryzyko było wpisane w ten zawód i tyle, więc po prostu trzymała rękę na pulsie – tylko tyle i aż tyle), to jednak teraz pojawiła się myśl, że to właśnie pora na kolejny taki przegląd.
- Czyli umrę albo wrócę do tego, jaka byłam, bez żadnej ingerencji – podsumowała krótko – Czego jeszcze, pana zdaniem, powinnam się spodziewać?
- Trudno mi powiedzieć, panno Bones. Wszystkie żywe trupy różnią się od siebie, powinna pani znaleźć swoje źródło energii, żeby tego się dowiedzieć.
- Czyli co? Mam wrócić do limbo? – zmarszczyła brwi. To stamtąd miała tę energię, która uczyniła ją tym, kim była. Tam leżało jej źródło, przynajmniej w rozumieniu Bones. Ale… Nie, pokręcił głową, to nie był właściwy trop.
- Nie, nie, żeby to zrobić, to musiałaby panna przecież umrzeć. A tu trzeba zabrać z limbo to, co zostało stracone.
- Zatem jak tego dokonać? Wcześniej do wymiany energii doszło, bo znalazłam się w limbo, jak więc odzyskać to, co straciłam, nie wchodząc do niego…? – im dłużej rozmawiali, tym bardziej miała wrażenie, że nic nie wie. Przyszły po odpowiedzi, a póki co – jedynie mnożyły się pytania i nie była pewna, czy zaraz nie okaże się, że wyjdą stąd z poczuciem porażki…
- Jeśli dobrze zrozumiałem to panna wcześniej musiała przejść jakieś próby, prawda? Sugerowałbym zatem umocnić więź z tym światem.
- Prawda jest taka, panie Karrlson, że na dobrą sprawę nie jestem pewna, czy faktycznie przeżyłam tam coś, co dałoby się określić mianem próby – stwierdziła, starając się ukryć zniecierpliwienie. Rzuciła krótkie spojrzenie w stronę Brenny, po czym ponownie skupiła się na mężczyźnie – Jedyne, co mi się z tym kojarzy, to właśnie ten moment, kiedy ujrzałam osobę, o której wspominałam, moment, w którym stanęłam przed wyborem: poddać się i rozpłynąć we wspomnieniach czy też odwrócić cykl. Później… w zasadzie się spóźniliśmy, ale był tam kamień, to wyglądało, jakby miała zostać otwarta brama. tyle że kamień zniszczyliśmy, co najwyraźniej… jak to ująć… pozwoliło światu na rozpoczęcie leczenia swych ran, jakkolwiek by to nie brzmiało – bo przecież w świecie, jaki znali, nie dało się od razu stwierdzić, że dokładnie tu zachodzi jakikolwiek proces „leczenia”. Już, w tej chwili, postępujący coraz bardziej z każdą następną sekundą.