W grupie zdecydowanie łatwiej było odciągnąć od siebie uwagę. Wystarczyło zachichotać kilka razy w odpowiednim momencie, uśmiechnąć się do wszystkich i już. W konfrontacjach jak ta, takich jeden na jeden było zdecydowanie trudniej. Nie można było odsunąć od siebie wzroku drugiej osoby nawet na moment, co powodowało ciągłe pilnowanie się, czy aby na pewno używa odpowiednich słów, czy nie mówi za dużo, czy nie otwiera się za bardzo. Nie tak prosto było być Norą Figg, która chciała budować wokół siebie mur, bo uważała, że tak wypada.
Uderzył w nią ten zapach fajek, jednak nie aż tak, żeby jej to przeszkadzało, była do niego przyzwyczajona. Bardzo dużo osób paliło tytoń - oczywiście ona nie, bo nie widziała takiej potrzeby (chyba, że się bardzo zdenerwowała, zdarzało się to jednak bardzo sporadycznie). Zdecydowanie wolałaby, żeby pachniał inaczej, ale wiedziała, jak to jest z nałogami. Miała wrażenie, że nie do końca o siebie dba, wyglądał jej na trochę roztrzepanego, jakby musiał zebrać się w biegu i nie zdążył do końca się wyszykować na te widowisko.
- To nie są kompleksy, a realna ocena sytuacji. - Nie miała kompleksów, a może próbowała sobie wmówić, że ich nie ma? Po prostu zawsze bała się tego, że nie jest wystarczająca i nie spełni oczekiwań. Ten strach towarzyszył jej niemalże całe życie. Uśmiechnęła się jednak, słysząc jego kolejne słowa, oznaczałoby to, że jednak się nie rozczarował. Kamień z serca.
- Nie zabierzesz tam siostry. - Powiedziała stanowczo, jednak dalej całkiem przyjemnym tonem. Splotła sobie ręce na klatce piersiowej i patrzyła na niego. Nie to, że chciała pokrzyżować mu plany, bo najwyraźniej zdążył już sobie przygotować plan, na całkiem wygodną ewentualność, w której ona by odmówiła tego wyjazdu. Tyle, że no, nie miała zamiaru tego zrobić. Nie, jeśli chodziło o Paryż. Na samą myśl o tych wszystkich kawiarenkach, alejkach, parkach miękły jej kolana. Bardzo chciała zobaczyć to na własne oczy, a nadarzyła się idealna okazja.
W takim wypadku Flynn trafił chyba na jedną z bardziej żałosnych osób, na jakie tylko mógł. Norka Figg była w stanie wybaczyć każdemu wszystko, zaopiekować się, nakarmić, dać ciepło, którego potrzebował na dany moment, nawet jeśli zachował się wcześniej w stosunku do niej jak skończony dupek. Była w stanie wybaczyć dosłownie wszystko.
Przewróciła oczami słysząc nazwisko Botta. Co ten facet miał w sobie, że o nim wszyscy słyszeli? Stworzył te fasolki, w zasadzie nie znała jego żadnego, innego produktu, a to wystarczyło, aby został najbardziej znanym cukiernikiem w całej Anglii. Może warto było się skupić na jednym produkcie, a nie jak ona kombinować z różnymi? Warte do zastanowienia, jednak to chyba nie był odpowiedni moment na takie rozmyślenia. - Lepsze, najlepsze. - Jeśli chodzi o gotowanie, to brakowało jej skromności, widać było, że faktycznie pewna jest swojego fachu.
Niby jakim cudem miała zgadnąć kim jest? Wyglądał nietypowo, nie pasował jej na pracownika ministerstwa, co wcale nie świadczyło o nim źle. Pozwoliła sobie zlustrować go ponownie od stóp do głów, może jakiś wolny zawód? Muzyk, malarz, czy coś takiego? Oni należeli do takich roztrzepanych, więc ta aparycja jej nawet do tego pasowała. Tylko dlaczego udawał piekarza? Nie do końca jej się to układało w całość. - Artystą jesteś. - Nie sądziła, że zgadnie, bo szczęścia jej brakowało nawet w głupich zgadywankach.
Szybko i zupełnie znienacka wrócił do tematu wyjazdu do Paryża. Widać chciał to wszystko zaplanować, najwyraźniej też zależało mu na tym, żeby pojechać. Cóż, darmowa wycieczka zawsze wyglądała atrakcyjnie. - To dobrze. - Znaczy, nie dobrze, tylko idealnie się składało. - Nie, że dobrze, że nie możesz jechać, o weekend mi chodzi, też nie mogę, zawsze mam dużo roboty, roznieśliby mi cukiernię, gdybym ją zostawiła na weekend. - Zaczęła się nieco tłumaczyć, ale dokładnie tak było. Te dwa dni wolnego w tygodniu w knajpie zawsze przynosiły ogromną ilość ludzi, która przewijała się przez Norę. Trudno było znaleźć kogoś, kto byłby ją w stanie zastąpić.