Powszechną wiedzą było, że w przypadku rodzeństwa Longbottomów było coś szczególnego, a konkretnie w tym, jak ich osobowości zdawały się uzupełniać, gdy tylko znajdowali się w niewielkiej odległości od siebie. Chociaż w wielu kwestiach zdania mieli odmienne i zapewne byliby w stanie drzeć ze sobą koty, dopóki (niecałe pięć minut później) nie ustaliliby warunków zawieszenia broni, tak w towarzystwie, być może nieświadomie, wyśrodkowywali poniekąd siebie nawzajem.
Spontaniczność i żywa energia Brenny sprawiała, że Erik wydawał się bardziej przystępny, a on swoją kulturą i dobrymi manierami uszlachetniał siostrę, potwierdzając, że należy się z nią liczyć, jak bardzo by nie odstawała od samego czubka elity czarodziejów czystej krwi. Może i była z nich dziwna para, ale na razie ten mechanizm całkiem nieźle funkcjonował. I oby ten stan rzeczy trwał możliwie jak najdłużej.
— Faktycznie, tylko tego mi brakowało. Zostania bohaterem dnia. Znowu. — Wykonał teatralny młynek oczami, jednak odmówił wdania się w dalszą dyskusję na ten temat. Wprawdzie wiedział, że nie to miała na myśli, ale ciężko mu było powstrzymać się przed wymierzeniem jej tego małego prztyczka w nos. — Dobrze, że tym razem przynajmniej widownię mamy mniejszą. A może po prostu zapomniałaś mi o czymś powiedzieć?
Nad wyraz intensywną rozmowę na temat ostatniego balu mieli już za sobą, jednak nie miał zamiaru tak po prostu przejść z tym incydentem do porządku dziennego. W dalszym ciągu próbował wydedukować, skąd się u niej wzięła taka buta, żeby wystawić własnego brata na sprzedaż i nie pisnąć nawet słowem. Uśmiechała się tylko i zachowywała tak, jakby to wszystko była część wielkiego planu, który wdrażała w życie od dłuższego czasu. Cóż, przynajmniej sierotki coś z tego mają, pomyślał, starając się trzymać nerwy na wodzy.
— Zrobię, jak mówisz — potwierdził, stawiając kolejne kroki w stronę kuchni. Chociaż miał ostatnio sporo wątpliwości do pomysłów swojej siostry, tak miał też świadomość tego, że nie przyjęłaby pomocy od byle kogo. A to z kolei wiązało się z tym, że Erik nie widział powodu, aby wtrącać się w etykę pracy profesjonalisty. Przynajmniej dopóki wydawała mu się ona względnie logiczna.
Zatrzymał się przed wejściem do kuchni, przepuszczając najpierw do środka resztę tego małego pochodu. Zgodnie z umową, trzymał się, na razie z daleka, obserwując jedynie wydarzenia dziejące się w pomieszczeniu z bezpiecznej odległości. Oparł się ramieniem o ścianę, taksując uważnym wzrokiem Castiela. Odkąd mijali się na co dzień na szkolnych korytarzach, minęło trochę czasu, ale nie na tyle, aby całkowicie zmienić wygląd Flinta. Wyglądał na starszego, owszem, ale nie zmienił się kompletnie. Dalej przypominał siebie.
— To już? — spytał i zbliżył się do progu. W tym momencie gwizdek oderwał się od dzióbka czajnika i spadł z łoskotem, aby koniec końców potoczyć się, aż pod nogi ich gościa. Świetnie, skomentował w myślach Erik. — Ekhm... Uznam to za tak, okej?
Dla świętego spokoju poczekał na odpowiedni komunikat od Castiela i dopiero wtedy dołączył do siostry przy pracach kuchennych. Za swój cel obrał patelnię, pozwalając, aby Brenna w tym czasie doprowadziła do ładu czajnik, który postanowił odmówić współpracy przy eksperymencie. Gdy tylko zaczął obsługiwać jeden z kuchennych przyrządów, szuflady jednego z kredensów wysunęły się nagle i wyskoczyło z niego kilka widelców i łyżeczek, które zaczęły przeskakiwać z jednej szuflady do drugiej. Co jak co, ale dawno tutaj nie było takiego przedstawienia.
— Jak widzisz wszystko jest pod naszą całkowitą kontrolą — skomentował z przekąsem.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞