27.11.2023, 22:26 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.11.2023, 22:27 przez Mavelle Bones.)
- W bezpieczne miejsce – zapewniła, nie będąc od końca pewną, gdzie ostatecznie trafi. Najpierw Warownia, tego była pewna – a potem… hm, może udałoby się objąć ją tą samą magią, co Crawleyów? Lub faktycznie, zostałaby przerzucona w inne miejsce, którego jednak teraz nie była w stanie wskazać.
Pokręciła głową, gdy odezwał się Jonathan. Z jednej strony miał rację, bo tak naprawdę cala grupa była przedstawicielami Ministerstwa, ale w tej chwili nie znajdowali się tu jako aurorzy czy brygadziści i… ministerstwo nawet nie miało najmniejszego pojęcia, że oni wszyscy właśnie uganiają się za tą, która w teorii powinna być pod jego opieką.
- Nie jesteśmy z Ministerstwa. I z ubolewaniem przyznaję, że faktycznie Ministerstwu nie należy teraz ufać – przyznała. Bo nie wiadomo, kto jednak sprzyja Voldemortowi. I ostatnio ciągle miała z tyłu głowy: ile osób wśród brygadzistów stoi po właściwej stronie? Komu wierzyć? Niestety, jeśli chodziło o samą Brygadę, to aktualnie jej zaufanie miały dokładnie cztery osoby. Nie więcej.
- Mogę ci jedynie obiecać, że jeśli przeczytasz jutro o tragicznym w skutkach wypadku, to będą pisać jeszcze o co najmniej czterech trupach – odparła, być może mało dyplomatycznie, ale też i najzwyczajniej w świecie nie było czasu na to, żeby przekonywać i przekonywać i PRZEKONYWAĆ. Że nie, nie są naśladowcami, którzy wykazali się odrobiną sprytu i pod płaszczykiem chęci pomocy chcą uśpić czujność – aby potem móc spić śmietanke, zamiast taplać się w błocku i jeszcze ryzykować własną głową w trakcie walki, jaka by się wywiązała.
- Możesz pó... – urwała, obracając się gwałtownie, gdy tylko do jej uszu doleciało, że „mają towarzystwo”. Tak. Wrogowie mogli ich odnaleźć – i zapewne właśnie to zrobili – Odpalajcie kominek, Erik, zabierz ich do Doliny! – wypaliła bez zawahania, w zasadzie już pędząc w stronę drzwi, żeby wypaść na zewnątrz, z różdżką w garści. I w odróżnieniu od Wood, Mavelle jednak taka delikatna nie była; samo związanie… no, tak w teorii powinna postąpić. Ale czary miały to do siebie, że dość szybko puszczały, za to jak się jeden z drugim porządnie poprzytula z ziemią, to tak fajnie i sprawnie już się różdżką nie macha. O ile w ogóle jakaś w dłoni pozostawała.
Przynajmniej nie dążyła do tego, żeby za wszelką cenę zabić… choć to też nie było coś, co absolutnie wykluczała. W każdym razie, działała praktycznie odruchowo. Machnięcie różdżką, ukształtowanie magii… najprościej opisać to jako dość surową wiązkę mocy, która miała porządnie uderzyć, oszołomić, najlepiej to nawet zbić z nóg. I celowała w tego, co zdawał się być teraz największym zagrożeniem; jeśli faktycznie padł jak długi, to dopiero wtedy w następnego w kolejności.
Pokręciła głową, gdy odezwał się Jonathan. Z jednej strony miał rację, bo tak naprawdę cala grupa była przedstawicielami Ministerstwa, ale w tej chwili nie znajdowali się tu jako aurorzy czy brygadziści i… ministerstwo nawet nie miało najmniejszego pojęcia, że oni wszyscy właśnie uganiają się za tą, która w teorii powinna być pod jego opieką.
- Nie jesteśmy z Ministerstwa. I z ubolewaniem przyznaję, że faktycznie Ministerstwu nie należy teraz ufać – przyznała. Bo nie wiadomo, kto jednak sprzyja Voldemortowi. I ostatnio ciągle miała z tyłu głowy: ile osób wśród brygadzistów stoi po właściwej stronie? Komu wierzyć? Niestety, jeśli chodziło o samą Brygadę, to aktualnie jej zaufanie miały dokładnie cztery osoby. Nie więcej.
- Mogę ci jedynie obiecać, że jeśli przeczytasz jutro o tragicznym w skutkach wypadku, to będą pisać jeszcze o co najmniej czterech trupach – odparła, być może mało dyplomatycznie, ale też i najzwyczajniej w świecie nie było czasu na to, żeby przekonywać i przekonywać i PRZEKONYWAĆ. Że nie, nie są naśladowcami, którzy wykazali się odrobiną sprytu i pod płaszczykiem chęci pomocy chcą uśpić czujność – aby potem móc spić śmietanke, zamiast taplać się w błocku i jeszcze ryzykować własną głową w trakcie walki, jaka by się wywiązała.
- Możesz pó... – urwała, obracając się gwałtownie, gdy tylko do jej uszu doleciało, że „mają towarzystwo”. Tak. Wrogowie mogli ich odnaleźć – i zapewne właśnie to zrobili – Odpalajcie kominek, Erik, zabierz ich do Doliny! – wypaliła bez zawahania, w zasadzie już pędząc w stronę drzwi, żeby wypaść na zewnątrz, z różdżką w garści. I w odróżnieniu od Wood, Mavelle jednak taka delikatna nie była; samo związanie… no, tak w teorii powinna postąpić. Ale czary miały to do siebie, że dość szybko puszczały, za to jak się jeden z drugim porządnie poprzytula z ziemią, to tak fajnie i sprawnie już się różdżką nie macha. O ile w ogóle jakaś w dłoni pozostawała.
Przynajmniej nie dążyła do tego, żeby za wszelką cenę zabić… choć to też nie było coś, co absolutnie wykluczała. W każdym razie, działała praktycznie odruchowo. Machnięcie różdżką, ukształtowanie magii… najprościej opisać to jako dość surową wiązkę mocy, która miała porządnie uderzyć, oszołomić, najlepiej to nawet zbić z nóg. I celowała w tego, co zdawał się być teraz największym zagrożeniem; jeśli faktycznie padł jak długi, to dopiero wtedy w następnego w kolejności.
Rzut Z 1d100 - 93
Sukces!
Sukces!
Rzut Z 1d100 - 89
Sukces!
Sukces!