17.11.2022, 00:52 ✶
- Zawsze jesteś moim bohaterem – odparła Brenna, klepiąc go po ramieniu. Nie przejmowała się chyba też za bardzo tym, że dla Castiela rozmowa rodzeństwa mogła być dziwna. Chociaż czy cokolwiek w przypadku Brenny faktycznie byłoby dziwne? Chyba tylko, gdyby wzięła różdżkę i poszła maszerować w rytm piosenki „Raz, dwa, zabiłam dziś mugola, nanana”. – Solennie obiecuję, że wszystkie plany dotyczące twojej osoby będą ci przedstawiane pisemnie, w trzech egzemplarzach, z wypunktowaniem za i przeciw. Ale jeśli życzysz sobie sprzedać mnie komuś jako kucharkę na najbliższy tydzień, nie będę protestować.
Prawdopodobnie już za jakiś czas miał znaleźć taki business plan odnośnie książki o jego skromnej osobie. Pewnie w normalnych okolicznościach Brenna by jeszcze z tym poczekała, ale przy tym, co działo się, gdy Voldemort szalał po Anglii, a razem z nim śmierciożercy – o tym, jak są blisko, i jak realne jest zagrożenie, przekonała się całkiem niedawno – nie było czasu do stracenia. Co jeżeli ona umrze na przykład jutro, a razem z nią wszystkie plany uczynienia Erika symbolem nowego postrzegania wilkołactwa? Ustanowienia fundacji jego imienia, w ramach której opracowywano by lek na likantropię?
…czy naprawdę planowała takie rzeczy? Szczera odpowiedź brzmiałaby: nie. Problem z Brenną polegał na tym, że w jej przypadku od pomysłu, wpadającego czasem do głowy jako absurdalna idea, której – wcale – nie – zamierzała – realizować do nagłej realizacji bywało całkiem blisko. Wszystko zaś eskalowało szczególnie po tym, jak Voldemort ogłosił swój manifest. Zdawało się, że od tamtej pory Brenna spieszy się ze wszystkim jeszcze bardziej niż wcześniej. Zawsze usiłowała robić kilka rzeczy jednocześnie, ale teraz było ich po kilkanaście.
Zabrała się za gotowanie – jajecznicy konkretnie, którą uznała za w miarę nieszkodliwą - a gdy Erik wkroczył do kuchni, jakoś tak odruchowo, jedną dłonią sięgnęła po różdżkę. Uśmiechnęła się do Castiela przepraszająco, kiedy chwilę później szuflady zaczęły same się otwierać, a sztućce protestować. Pozostawiła Erikowi patelnię, sama sprawnie, ruchem różdżki, rzucając zaklęcie na czajnik. Konkretnie czar unieruchamiający. Dopiero potem wycofała ten rozgrzania i przesunęła go nieco na bok.
- To trzeba przyznać, wszystko pod kontrolą. Na razie jeszcze nic nie zapłonęło, nie stopiło się ani nie wybuchło – przytaknęła beztrosko, jakby sytuacja ani trochę jej nie martwiła. Chociaż trochę się denerwowała, głównie z obawy, że jeżeli coś wybuchnie, to jeszcze oberwie Flint. Wprawdzie ostatnio nie dochodziło do bardzo poważnych wypadków kuchennych, ale też inna sprawa, że nikt w domu od dawna nie pozwalał Erikowi przygotowywać niczego więcej niż wody na herbatę.
Chociaż teraz nawet woda była problemem. Brenna zaczynała mieć wrażenie, że sytuacja eskalowała.
- Hej, myślicie, że te łyżeczki zaraz zaczną tańczyć? Czytałam kiedyś taką książkę, o magicznym zamku - dodała jeszcze, być może chcąc trochę rozluźnić atmosferę. Trzeba przyznać, że takich rzeczy to jeszcze tutaj nie obserwowała! Ostatnio, gdy Erik wszedł do kuchni, po prostu spłonęły tosty...
- Czy jesteśmy gotowi na ostateczny test klątw oraz prawdziwy egzamin przetrwania? Czyli Erik ma uruchomić piecyk? Czy może ja jednak to zrobię, tak na początek? – spytała, wodząc spojrzeniem pomiędzy Flintem a Erikiem. Podeszła zresztą do rzeczonego piecyka, chociaż na razie niczego nie ruszała, obserwując poczynania brata. Na swój sposób ciekawa, czy jajecznica po prostu się zwęgli, czy też dojdzie do jakichś dodatkowych przypadków…
Prawdopodobnie już za jakiś czas miał znaleźć taki business plan odnośnie książki o jego skromnej osobie. Pewnie w normalnych okolicznościach Brenna by jeszcze z tym poczekała, ale przy tym, co działo się, gdy Voldemort szalał po Anglii, a razem z nim śmierciożercy – o tym, jak są blisko, i jak realne jest zagrożenie, przekonała się całkiem niedawno – nie było czasu do stracenia. Co jeżeli ona umrze na przykład jutro, a razem z nią wszystkie plany uczynienia Erika symbolem nowego postrzegania wilkołactwa? Ustanowienia fundacji jego imienia, w ramach której opracowywano by lek na likantropię?
…czy naprawdę planowała takie rzeczy? Szczera odpowiedź brzmiałaby: nie. Problem z Brenną polegał na tym, że w jej przypadku od pomysłu, wpadającego czasem do głowy jako absurdalna idea, której – wcale – nie – zamierzała – realizować do nagłej realizacji bywało całkiem blisko. Wszystko zaś eskalowało szczególnie po tym, jak Voldemort ogłosił swój manifest. Zdawało się, że od tamtej pory Brenna spieszy się ze wszystkim jeszcze bardziej niż wcześniej. Zawsze usiłowała robić kilka rzeczy jednocześnie, ale teraz było ich po kilkanaście.
Zabrała się za gotowanie – jajecznicy konkretnie, którą uznała za w miarę nieszkodliwą - a gdy Erik wkroczył do kuchni, jakoś tak odruchowo, jedną dłonią sięgnęła po różdżkę. Uśmiechnęła się do Castiela przepraszająco, kiedy chwilę później szuflady zaczęły same się otwierać, a sztućce protestować. Pozostawiła Erikowi patelnię, sama sprawnie, ruchem różdżki, rzucając zaklęcie na czajnik. Konkretnie czar unieruchamiający. Dopiero potem wycofała ten rozgrzania i przesunęła go nieco na bok.
- To trzeba przyznać, wszystko pod kontrolą. Na razie jeszcze nic nie zapłonęło, nie stopiło się ani nie wybuchło – przytaknęła beztrosko, jakby sytuacja ani trochę jej nie martwiła. Chociaż trochę się denerwowała, głównie z obawy, że jeżeli coś wybuchnie, to jeszcze oberwie Flint. Wprawdzie ostatnio nie dochodziło do bardzo poważnych wypadków kuchennych, ale też inna sprawa, że nikt w domu od dawna nie pozwalał Erikowi przygotowywać niczego więcej niż wody na herbatę.
Chociaż teraz nawet woda była problemem. Brenna zaczynała mieć wrażenie, że sytuacja eskalowała.
- Hej, myślicie, że te łyżeczki zaraz zaczną tańczyć? Czytałam kiedyś taką książkę, o magicznym zamku - dodała jeszcze, być może chcąc trochę rozluźnić atmosferę. Trzeba przyznać, że takich rzeczy to jeszcze tutaj nie obserwowała! Ostatnio, gdy Erik wszedł do kuchni, po prostu spłonęły tosty...
- Czy jesteśmy gotowi na ostateczny test klątw oraz prawdziwy egzamin przetrwania? Czyli Erik ma uruchomić piecyk? Czy może ja jednak to zrobię, tak na początek? – spytała, wodząc spojrzeniem pomiędzy Flintem a Erikiem. Podeszła zresztą do rzeczonego piecyka, chociaż na razie niczego nie ruszała, obserwując poczynania brata. Na swój sposób ciekawa, czy jajecznica po prostu się zwęgli, czy też dojdzie do jakichś dodatkowych przypadków…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.