27.11.2023, 23:11 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.11.2023, 23:12 przez Mavelle Bones.)
Na wzmiankę o Vesperze uniosła spojrzenie ku górze, jakby tam miała się znajdować jakakolwiek odpowiedź na pytanie w stylu "dlaczego musi mieć tak nierówno pod sufitem" czy też "Pani Księżyca, strzeż nas wszystkich przed jego jazdą" a może nawet "dzięki bogom, że mam własny motor i znam teleportację i nie muszę się nim wozić". Czemu w zasadzie dała zaraz wyraz...
- Wiesz, Brennie, zdecydowanie BARDZO się cieszę, że nie jeżdżę Błędnym, przecież w pewnym momencie chyba by mnie trafiło i jeszcze bym się z nim o kierownicę kłóciła... - westchnęła - I tak, wiem, nie przypominaj mi, nie robiłam prawka na autobus - uprzedziła Longbottom. Ale i tak była całkiem pewna, że poradziłaby sobie o wiele lepiej niż ten nieszczęsny kierowca - bo nie przyprawiałaby wszystkich o zawał serca.
Nawet jeśli lubiła wcisnąć gaz do dechy, to jednak inaczej by się zachowywała siedząc za kierownicą pojazdu, który przewoził ludzi. I któremu to daleko było od mugolskich autobusów, z przytwierdzonymi do podłogi siedzeniami...
- Ale tak, masz rację, z całą pewnością dostarcza wrażeń. Tylko nie wydaje mi się, żeby wybierano Błędnego właśnie ze względu na nie - uznała w końcu, z bardzo wyraźnym rozbawieniem w głosie. Co innego mieć duszę na ramieniu, a co innego zaznawać uniesień różnej maści oglądając wszystko z daleka, będąc bezpiecznym.
- Nie wiem, dlaczego, ale właśnie sobie wyobraziłam, jak Erik siedzi w złotej klatce, pilnowany przez nas dwie i do tego zbijamy fortunę na biletach… wiesz, jeszcze taka tablica nad wejściem „Najmilszy bogaty czarodziej wszech czasów, zagrożony gatunek” – rzuciła dość lekko, po chwili milczenia. Zapewne przetrawiała wizję… albo po prostu był to moment na przeżucie kolejnych owoców. Bo tak, nie żałowała sobie czereśni, nie zapominając jednak o dorzucaniu do miski. Ech, lato, lato… powiew nostalgii; kiedyś, dawno temu, też tak przecież siedziały na drzewie i zrywały owoce. Kiedyś, kiedy największym problemem, z jakim się mogły mierzyć, było zapomnienie o pracy domowej czy poszukiwanie na gwałt tej jednej, jedynej książki, która była potrzebna, a którą ktoś zdążył wypożyczyć przed nimi.
- Porady odnośnie kobiet? – spytała, unosząc lekko brew, z wyraźnym rozbawieniem. I to nie dlatego, że Brenna była niewinna jak kwiatuszek; jakoś nigdy nie przyuważyła, żeby biegała, wzdychając do kogoś. Była kobietą, więc jako kobieta z całą pewnością zdawała sobie sprawę z pewnych kwestii oraz miała kwalifikacje, zeby się wypowiadać na ich temat. Bardziej bawiło, że zapłatą za coś takiego była marchew i kalarepa – Chociaż, z tego co pamiętam, to nawet w Czarownicy pisali, że trzyma się na uboczu, więc chyba nic się nie zmieniło... – zastanowiła się, zerkając na czereśnie. Hmmm… Tak lewitowały wokół Brenny…
- Odbijany! – rzuciła, praktycznie się śmiejąc. Machnięcie różdżką, żeby ten czereśniowy „wir” przyciągnąć do siebie... Tak, dwie poważne, odpowiedzialne, dorosłe kobiety. A tu co wkraczało? Prawie że przeciąganie liny, tyle że z pomocą magii i nie liny, a czereśni.
- Wiesz, Brennie, zdecydowanie BARDZO się cieszę, że nie jeżdżę Błędnym, przecież w pewnym momencie chyba by mnie trafiło i jeszcze bym się z nim o kierownicę kłóciła... - westchnęła - I tak, wiem, nie przypominaj mi, nie robiłam prawka na autobus - uprzedziła Longbottom. Ale i tak była całkiem pewna, że poradziłaby sobie o wiele lepiej niż ten nieszczęsny kierowca - bo nie przyprawiałaby wszystkich o zawał serca.
Nawet jeśli lubiła wcisnąć gaz do dechy, to jednak inaczej by się zachowywała siedząc za kierownicą pojazdu, który przewoził ludzi. I któremu to daleko było od mugolskich autobusów, z przytwierdzonymi do podłogi siedzeniami...
- Ale tak, masz rację, z całą pewnością dostarcza wrażeń. Tylko nie wydaje mi się, żeby wybierano Błędnego właśnie ze względu na nie - uznała w końcu, z bardzo wyraźnym rozbawieniem w głosie. Co innego mieć duszę na ramieniu, a co innego zaznawać uniesień różnej maści oglądając wszystko z daleka, będąc bezpiecznym.
- Nie wiem, dlaczego, ale właśnie sobie wyobraziłam, jak Erik siedzi w złotej klatce, pilnowany przez nas dwie i do tego zbijamy fortunę na biletach… wiesz, jeszcze taka tablica nad wejściem „Najmilszy bogaty czarodziej wszech czasów, zagrożony gatunek” – rzuciła dość lekko, po chwili milczenia. Zapewne przetrawiała wizję… albo po prostu był to moment na przeżucie kolejnych owoców. Bo tak, nie żałowała sobie czereśni, nie zapominając jednak o dorzucaniu do miski. Ech, lato, lato… powiew nostalgii; kiedyś, dawno temu, też tak przecież siedziały na drzewie i zrywały owoce. Kiedyś, kiedy największym problemem, z jakim się mogły mierzyć, było zapomnienie o pracy domowej czy poszukiwanie na gwałt tej jednej, jedynej książki, która była potrzebna, a którą ktoś zdążył wypożyczyć przed nimi.
- Porady odnośnie kobiet? – spytała, unosząc lekko brew, z wyraźnym rozbawieniem. I to nie dlatego, że Brenna była niewinna jak kwiatuszek; jakoś nigdy nie przyuważyła, żeby biegała, wzdychając do kogoś. Była kobietą, więc jako kobieta z całą pewnością zdawała sobie sprawę z pewnych kwestii oraz miała kwalifikacje, zeby się wypowiadać na ich temat. Bardziej bawiło, że zapłatą za coś takiego była marchew i kalarepa – Chociaż, z tego co pamiętam, to nawet w Czarownicy pisali, że trzyma się na uboczu, więc chyba nic się nie zmieniło... – zastanowiła się, zerkając na czereśnie. Hmmm… Tak lewitowały wokół Brenny…
- Odbijany! – rzuciła, praktycznie się śmiejąc. Machnięcie różdżką, żeby ten czereśniowy „wir” przyciągnąć do siebie... Tak, dwie poważne, odpowiedzialne, dorosłe kobiety. A tu co wkraczało? Prawie że przeciąganie liny, tyle że z pomocą magii i nie liny, a czereśni.