Nie był całkowicie błogo nieświadom tego, co się tutaj dzieje. Albo co dziać się może. Ciężko mu się spało, stres i napięcie go nie opuszczały z obawy o to, co może się dziać z Elaine. Ciągle sobie powtarzał, że przecież Flynn nie był takim złym człowiekiem, a raczej - wmawiał to sobie. Bo nie wiedział, co jest prawdą, a co jednym z jego naiwnych życzeń, jakie potrafił wobec ludzi posyłać. Nie było mu to potrzebne. Powinien to rzucić, zostawić za plecami, zapomnieć o Elaine i cyrku. O Crowie. Tylko że nie mógł. Żałował, och jak bardzo żałował, że emocje pociągnęły go do takiej reakcji, że uderzył w niego strach wyższy niż zdolność samokontroli. Z tym, że nigdy nie był mistrzem w ukrywaniu emocji. A na pewno nie tych, które powodowały szybsze i mniej miarowe uderzanie serca. Decyzja o tym, żeby z rana pojawić się w cyrku była chyba jedną z tych głupszych na przestrzeni miesiąca. Nawet na pewno. Konkurencja była spora, bo przecież miotał się w tej beznadziejnej potrzebie, żeby komuś pomóc, co kończyło się uderzeniem packi w dłoń. Nie każdy potrzebował pomocy, nie każdy pomoc chciał, a jeszcze mniejsza część jej potrzebowała. Czy jednak mógłby spać spokojnie z myślą, że Elaine jednak coś się stało? Że jego naiwna wiara w ludzi znów zawiodła? Czego jednak się nie spodziewał wcale to tego, że Elaine może być tutaj zła na niego. Za to, że ten strach wykazał, że nie potrafił pozostać obojętny wobec swojego braku zdolności przewidzenia reakcji Edga, którego zapamiętał w jeden sposób - agresywnego, niebezpiecznego skurwiela, który rozszarpywał na polecenie Fontaine ludzi. Bez hamulców. Bez opamiętania. Bał się go wtedy - teraz bał się tak samo. Może bał się go nawet bardziej niż Fontaine, która przynajmniej... z którą dało się rozmawiać bez groźby, że zaraz wbije ci nóż pod żebra. Co najwyżej ze strachem, że zaraz zawoła swojego psa, który ten nóż ci wbije. Nie, nie mógłby zostawić Elaine i żyć sobie dalej.
Rankiem to miejsce wyglądało inaczej. Spojrzenia tutejszych osób wyglądały inaczej. Laurent miał wrażenie, że jest tymi spojrzeniami niemal rozbierany - chociaż niekoniecznie w ten sposób, kiedy chcesz się dobrać do czyjegoś tyłka, a raczej do czyjejś sakiewki. Gdyby mógł to otuliłby się właśnie płaszczem. Ale nie mógł. Miał na sobie tylko białą koszulę, bo przecież na ciepłe lato nic innego nie było potrzebne. Tym nie mniej trzymał ręce bliżej przy sobie. Wiedział, gdzie jest wagon Elaine - zamierzał się udać prosto tam. Kiedy usłyszał krzyki. A raczej krzyk jednej osoby - tak bardzo sugestywnie wskazujący na to, o czym można "rozmawiać", że zamiast skierować się prosto do tego wagonu zatrzymał się na moment. A potem skierował się za źródłem tego głosu.
Crow się... prawie nie zmienił. Urosły mu włosy, zapuścił je. Ta sama czerń, to samo smukłe ciało. Aż drgnął od tego następnego krzyku, który kierował do Elaine, ale wcale o niej nie mówił. Przez moment aż miał ochotę sięgnąć po różdżkę, ale nie zrobił tego - wydawało mu się, że jeszcze jeden ruch i Edge ją uderzy.
To był moment, w którym nie tylko dotarło do niego, że Elaine nic nie jest, ale brzmiało prawie tak, jakby ta rudowłosa, słodka istota wręcz nasyłała Crowa na niego. Wiem, gdzie mieszka. Zimny dreszcz przeszedł jego ciało. Uciekaj. Szepnęło coś w jego głowie. Jesteś idiotą, ona po prostu z nim pracuje. JUŻ. Zrobił krok w tył. Nie, stop, stop, to mogło być nieporozumienie, nie słyszał całej rozmowy, to tylko jej mały fragmencik, malutkie ujęcie...
- Elaine..? Wszystko w... porządku? - Zapytał napiętym głosem, przerywając ciszę ze swojej strony. Ale jego oczy w zasadzie spoglądały na Wronę.