17.11.2022, 01:00 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.11.2022, 01:03 przez Florence Bulstrode.)
Usta dziewczynki wygięły się w podkówkę, gdy odkryła, że to koniec świetnej zabawy, jaką było dziobanie kobiety. Jej ojciec, zobaczywszy, że mała znowu ma normalną twarz, na moment zamarł... a potem zaczął pokazywać swoje dziecko palcem.
- Ciągle ma skrzydła! Proszę ją natychmiast odczarować!!! Natychmiast!!!
Florence na moment zacisnęła wargi w wąską linię. Miała wielką chęć rzucić silenco na chłopca, wciąż wyjącego gdzieś w tle, że on przecież wcale nie chciał, a na nadpobudliwego ojca jakieś zaklęcie unieruchamiające.
Niestety, to było to, co nazywano niewłaściwym podejściem do pacjentów.
Rozluźniła więc mięśnie twarzy i zmierzyła Fernah uważnym spojrzeniem. Gdyby ta pojawiła się tak na zmianie normalnie, prawdopodobnie Bulstrode zademonstrowałaby ogólne potępienie wobec takiego zachowania, ale teraz - poniekąd - sama była winna jej stanowi.
- Trzymaj ją na linie, Fernah i zabierz do mojego gabinetu. Zaraz zajmiemy się twoimi ranami. Panie Friskey, pańska córka padła ofiarą niewprawnej transmutacji i jeśli spróbuję odczarować ją tutaj, na szybko, może to wywrzeć efekty uboczne. I byłabym bardzo wdzięczna, gdyby zabrał pan syna z sąsiedniego pokoju.
Firskey otworzył usta - sądząc po tym, jak czerwony był na twarzy, wyjaśnienia Florence nie zrobiły na nim wrażenia i zamierzał krzyczeć dalej - gdy zdał sobie wreszcie sprawę z tego, że stan dzieci trochę się mu nie zgadza. Mianowicie jednego brakowało. Z pewną paniką wbiegł więc ostatecznie do pokoju, który wskazała mu uzdrowicielka.
- Niektórzy ludzie nie powinni być rodzicami - mruknęła do panny Slughorn, po czym sama podeszła do chłopca. Ten wtulił się w ścianę, najwyraźniej w obawie, że Florence znów spróbuje go pochwycić.
Bulstrode przekrzywiła lekko głowę, jakby czegoś nasłuchiwała, a potem powiedziała:
- Rozumiem, że chciałbyś pozbyć się tych piór, prawda? Jeśli tak, zapraszam do mojego gabinetu, to powinno zająć tylko sekundę.
- Aleeeee czy...
- Nie, nie wyrosną ci skrzydła.
- Ale...
- Babcia nie wyrzuci was z domu - zapewniła, kryjąc zniecierpliwienie. A sens tej rozmowy? Ot, Florence, mając nieco dość sytuacji, by sobie pomóc "uruchomiła" jasnowidzenia. Umiejętność, o której raczej nie opowiadała i która mogłaby się wydawać zbędna uzdrowicielce... ale bywała w takich sytuacjach bardzo przydatna. - Chodź. Panie Friskey! Chłopiec jest pod drugim łóżkiem od okna!
- Ciągle ma skrzydła! Proszę ją natychmiast odczarować!!! Natychmiast!!!
Florence na moment zacisnęła wargi w wąską linię. Miała wielką chęć rzucić silenco na chłopca, wciąż wyjącego gdzieś w tle, że on przecież wcale nie chciał, a na nadpobudliwego ojca jakieś zaklęcie unieruchamiające.
Niestety, to było to, co nazywano niewłaściwym podejściem do pacjentów.
Rozluźniła więc mięśnie twarzy i zmierzyła Fernah uważnym spojrzeniem. Gdyby ta pojawiła się tak na zmianie normalnie, prawdopodobnie Bulstrode zademonstrowałaby ogólne potępienie wobec takiego zachowania, ale teraz - poniekąd - sama była winna jej stanowi.
- Trzymaj ją na linie, Fernah i zabierz do mojego gabinetu. Zaraz zajmiemy się twoimi ranami. Panie Friskey, pańska córka padła ofiarą niewprawnej transmutacji i jeśli spróbuję odczarować ją tutaj, na szybko, może to wywrzeć efekty uboczne. I byłabym bardzo wdzięczna, gdyby zabrał pan syna z sąsiedniego pokoju.
Firskey otworzył usta - sądząc po tym, jak czerwony był na twarzy, wyjaśnienia Florence nie zrobiły na nim wrażenia i zamierzał krzyczeć dalej - gdy zdał sobie wreszcie sprawę z tego, że stan dzieci trochę się mu nie zgadza. Mianowicie jednego brakowało. Z pewną paniką wbiegł więc ostatecznie do pokoju, który wskazała mu uzdrowicielka.
- Niektórzy ludzie nie powinni być rodzicami - mruknęła do panny Slughorn, po czym sama podeszła do chłopca. Ten wtulił się w ścianę, najwyraźniej w obawie, że Florence znów spróbuje go pochwycić.
Bulstrode przekrzywiła lekko głowę, jakby czegoś nasłuchiwała, a potem powiedziała:
- Rozumiem, że chciałbyś pozbyć się tych piór, prawda? Jeśli tak, zapraszam do mojego gabinetu, to powinno zająć tylko sekundę.
- Aleeeee czy...
- Nie, nie wyrosną ci skrzydła.
- Ale...
- Babcia nie wyrzuci was z domu - zapewniła, kryjąc zniecierpliwienie. A sens tej rozmowy? Ot, Florence, mając nieco dość sytuacji, by sobie pomóc "uruchomiła" jasnowidzenia. Umiejętność, o której raczej nie opowiadała i która mogłaby się wydawać zbędna uzdrowicielce... ale bywała w takich sytuacjach bardzo przydatna. - Chodź. Panie Friskey! Chłopiec jest pod drugim łóżkiem od okna!
Rzut Z 1d100 - 56
Sukces!
Sukces!