17.11.2022, 02:08 ✶
Nie wątpiła, że manifest Riddle'a zapisze się na kartach historii. Na łamach podręczników było miejsce zarówno dla legend, jak i głupców, którzy porywali się z motyką na słońce. Tych drugich ponoć zrodziła nadzieja, toteż w Eden nie zakwitło takie uczucie. Chyba była zbyt pragmatyczną osobą, by ślepo podążać za kimś, kto samowolnie ogłasza się władcą. Wszakże jeśli ktoś musi wszystkim przypominać, że jest królem, jest nim tylko i wyłącznie z nazwy.
Od zawsze była człowiekiem małej wiary; logika oraz chłodne spojrzenie na świat nie pozwalało na fanatyzm. Toteż sceptycznie podchodziła do patetycznych przemówień i cudotwórstwa na pokaz, które zdawało się niczym więcej niż pożywką dla naiwnych. Jeśli chodziło o wyznawanie czegokolwiek, nikogo nie dyskryminowała - każdemu nie ufała tak samo.
Niemniej nie była nigdy w ciemię bita i nie urodziła się ślepa. Dorastała w otoczeniu najjadowitszych z polityków. Wiedziała, że nie ma czegoś takiego jak bezstronność, nie ma ludzi obiektywnych. Wiedziała, że jeśli nie podejmie decyzji samodzielnie, wir wydarzeń pociągnie ją za sobą i do tego zmusi. Wyląduje po czyjejś stronie, czy tego chce, czy nie. Nic więc dziwnego, że wolała zająć dogodną pozycję zawczasu, kiedy nurt rzeki jeszcze nie był aż tak porywisty.
Dotychczas napięta jak struna Eden rozluźniła się, kiedy ojciec opuścił pomieszczenie. Uniesione ramiona opadły, wcisnęła się wygodniej w miękkie oparcie szmaragdowozielonej sofy. Niby drobny gest, ale dla wtajemniczonych mówił tak wiele: obawiała się swojego ojca. W jego obecności naturalnym instynktem było stanie na baczność, ciągłe czuwanie, prezentowanie się od jak najlepszej strony. Uważanie na każde najmniejsze słowo, zarówno pod względem znaczenia, drugiego dna, jak i momentu, w którym opuszczało usta. Była już dorosła, była od lat mężatką, zdawać by się mogło, że wydostała się spod wpływów nestora, które zdawały się oplatać wszystkich Malfoyów niczym wici pająka. A jednak odruchem bezwarunkowym było wstrzymanie oddechu, kiedy pojawiał się w zasięgu wzroku.
- Zgadza się. - Skinęła głową twierdząco, przechylając ją nieznacznie. Ciemnym spojrzeniem powiodła po dłoniach Mulcibera, skupiając przez chwilę spojrzenie na odbijającej się od ścianek szkła cieczy. - Część nabyłam samodzielnie, część przekazał mi ojciec - dodała pokrótce, nie chcąc wchodzić w zbędne szczegóły, a i nie chcąc pozbawiać go ich zupełnie. Nie sądziła, że pytanie było czysto grzecznościowe. Takie z rodzaju pytania o oczywistości, żeby jakoś zacząć niezręczną rozmowę. Była dla niego małolatą, nie marnowałby na nią czasu, gdyby nie miał w tym interesu.
- Chciałabym, aby bilans moich zysków i strat po wszystkim okazał się dodatni - odparła wymijająco, darując mężczyźnie obojętne spojrzenie. W końcu co innego miała mu powiedzieć? Skłamać i powiedzieć, że dla idei się zastrzeli, czy powiedzieć prawdę i przyznać, że ucieknie z tonącej łajby szybciej, niż zdąży wymówić pełne imię swojego pana? - Wejdę nawet po samą szyję, jeśli po wszystkim wyjdę z tego bagna obronną ręką. - Z wolna wypuściła powietrze, przełożyła nogę przez nogę. Odruchowo wyprostowała dłońmi wyprasowane w kantkę szare spodnie.
- Chcecie zrobić ze mnie Nerona? - zapytała, unosząc jedną brew, uśmiechając się ze zwątpieniem. Westchnęła, odwracając spojrzenie od Roberta. Oczyma powędrowała gdzieś za okno, pomiędzy drzewa otaczające rezydencję. Widać było, że zastanawia się nad czymś, coś analizuje, przelicza. Ponownie przechyliła głowę; spojrzenie wróciło znowu w kierunku Mulcibera. - Budynki są ubezpieczone, straty finansowe nie będą bolesne. Przynajmniej nie dla mnie. - Ostatnie zdanie wypowiedziała z kpiną w głosie, bo wiedziała, że dla mieszkańców Pokątnej skutki będą opłakane. Wiedziała, że nikogo znajdującego się dziś w tym domu by to nie wzruszyło, lecz nie mogła pozbyć się rozśmieszającego uczucia groteski. W końcu śmierć jednej osoby jest tragedią, a setki czy tysiąca - statystyką.
- Zacznijmy na razie od jednego - zaproponowała, uśmiechając się delikatnie do Roberta. - I nim przejdziemy do planu działania, przestańmy udawać, że wśród moich opcji znajduje się jakakolwiek odmowa. - Słodycz uśmiechu opuścila usta blondynki, ustępując miejsca przelotnej goryczy. Pochyliła się, łapiąc wreszcie za swoją szklankę z trunkiem, chcąc popić nieprzyjemny posmak prawdy. Była rzeczowa, racjonalna, do bólu praktyczna. Nie zmieniało to jednak faktu, że nie bardzo lubiła się ze świadomością, że Fortinbras Malfoy już dawno podjął decyzję za swoją córkę, widząc w niej podobieństwo na miarę kropli wody. W końcu nie bez powodu Mulciber rozmawiał z nią, a nie z jej bratem. Ona, w przeciwieństwie do swojego bliźniaka, nigdy nie zawiodła.
Od zawsze była człowiekiem małej wiary; logika oraz chłodne spojrzenie na świat nie pozwalało na fanatyzm. Toteż sceptycznie podchodziła do patetycznych przemówień i cudotwórstwa na pokaz, które zdawało się niczym więcej niż pożywką dla naiwnych. Jeśli chodziło o wyznawanie czegokolwiek, nikogo nie dyskryminowała - każdemu nie ufała tak samo.
Niemniej nie była nigdy w ciemię bita i nie urodziła się ślepa. Dorastała w otoczeniu najjadowitszych z polityków. Wiedziała, że nie ma czegoś takiego jak bezstronność, nie ma ludzi obiektywnych. Wiedziała, że jeśli nie podejmie decyzji samodzielnie, wir wydarzeń pociągnie ją za sobą i do tego zmusi. Wyląduje po czyjejś stronie, czy tego chce, czy nie. Nic więc dziwnego, że wolała zająć dogodną pozycję zawczasu, kiedy nurt rzeki jeszcze nie był aż tak porywisty.
Dotychczas napięta jak struna Eden rozluźniła się, kiedy ojciec opuścił pomieszczenie. Uniesione ramiona opadły, wcisnęła się wygodniej w miękkie oparcie szmaragdowozielonej sofy. Niby drobny gest, ale dla wtajemniczonych mówił tak wiele: obawiała się swojego ojca. W jego obecności naturalnym instynktem było stanie na baczność, ciągłe czuwanie, prezentowanie się od jak najlepszej strony. Uważanie na każde najmniejsze słowo, zarówno pod względem znaczenia, drugiego dna, jak i momentu, w którym opuszczało usta. Była już dorosła, była od lat mężatką, zdawać by się mogło, że wydostała się spod wpływów nestora, które zdawały się oplatać wszystkich Malfoyów niczym wici pająka. A jednak odruchem bezwarunkowym było wstrzymanie oddechu, kiedy pojawiał się w zasięgu wzroku.
- Zgadza się. - Skinęła głową twierdząco, przechylając ją nieznacznie. Ciemnym spojrzeniem powiodła po dłoniach Mulcibera, skupiając przez chwilę spojrzenie na odbijającej się od ścianek szkła cieczy. - Część nabyłam samodzielnie, część przekazał mi ojciec - dodała pokrótce, nie chcąc wchodzić w zbędne szczegóły, a i nie chcąc pozbawiać go ich zupełnie. Nie sądziła, że pytanie było czysto grzecznościowe. Takie z rodzaju pytania o oczywistości, żeby jakoś zacząć niezręczną rozmowę. Była dla niego małolatą, nie marnowałby na nią czasu, gdyby nie miał w tym interesu.
- Chciałabym, aby bilans moich zysków i strat po wszystkim okazał się dodatni - odparła wymijająco, darując mężczyźnie obojętne spojrzenie. W końcu co innego miała mu powiedzieć? Skłamać i powiedzieć, że dla idei się zastrzeli, czy powiedzieć prawdę i przyznać, że ucieknie z tonącej łajby szybciej, niż zdąży wymówić pełne imię swojego pana? - Wejdę nawet po samą szyję, jeśli po wszystkim wyjdę z tego bagna obronną ręką. - Z wolna wypuściła powietrze, przełożyła nogę przez nogę. Odruchowo wyprostowała dłońmi wyprasowane w kantkę szare spodnie.
- Chcecie zrobić ze mnie Nerona? - zapytała, unosząc jedną brew, uśmiechając się ze zwątpieniem. Westchnęła, odwracając spojrzenie od Roberta. Oczyma powędrowała gdzieś za okno, pomiędzy drzewa otaczające rezydencję. Widać było, że zastanawia się nad czymś, coś analizuje, przelicza. Ponownie przechyliła głowę; spojrzenie wróciło znowu w kierunku Mulcibera. - Budynki są ubezpieczone, straty finansowe nie będą bolesne. Przynajmniej nie dla mnie. - Ostatnie zdanie wypowiedziała z kpiną w głosie, bo wiedziała, że dla mieszkańców Pokątnej skutki będą opłakane. Wiedziała, że nikogo znajdującego się dziś w tym domu by to nie wzruszyło, lecz nie mogła pozbyć się rozśmieszającego uczucia groteski. W końcu śmierć jednej osoby jest tragedią, a setki czy tysiąca - statystyką.
- Zacznijmy na razie od jednego - zaproponowała, uśmiechając się delikatnie do Roberta. - I nim przejdziemy do planu działania, przestańmy udawać, że wśród moich opcji znajduje się jakakolwiek odmowa. - Słodycz uśmiechu opuścila usta blondynki, ustępując miejsca przelotnej goryczy. Pochyliła się, łapiąc wreszcie za swoją szklankę z trunkiem, chcąc popić nieprzyjemny posmak prawdy. Była rzeczowa, racjonalna, do bólu praktyczna. Nie zmieniało to jednak faktu, że nie bardzo lubiła się ze świadomością, że Fortinbras Malfoy już dawno podjął decyzję za swoją córkę, widząc w niej podobieństwo na miarę kropli wody. W końcu nie bez powodu Mulciber rozmawiał z nią, a nie z jej bratem. Ona, w przeciwieństwie do swojego bliźniaka, nigdy nie zawiodła.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~