28.11.2023, 13:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.11.2023, 14:21 przez Brenna Longbottom.)
Brenna jeszcze przed wejściem wyciągnęła dłoń, by uścisnąć na moment rękę Paxton.
- W takim razie jeżeli będziesz wiedziała, gdy zabawa się skończy, daj znać - powiedziała łagodnie. Nie chciała się narzucać, ale to "sama nie wiem" sprawiało, że czuła podskórnie, że być może jednak Avelina rozmowy potrzebuje. Ale w tej chwili nie była na to pora.
Brenna nie malowała się na co dzień, do pracy czy w Dolinie, ale na okazje nie miała oporów. Teraz użyła jedynie pudru - nie pierwszy raz w ostatnim czasie, ot cudownie krył on wszelką bladość czy sińce i dzięki temu nie dało się poznać, że jest niewyspana. Po tym, jak Brenna wręczyła Norze prezent, odsunęła się, pozwalając złożyć życzenia Stewardowi i Erikowi. A kiedy ten pierwszy się do niej odezwał, uśmiechnęła się po prostu. Mogła udawać, że wszystko w stu procentowym porządku przed Aveliną, przed Norą, nawet przed własnym bratem, ale nie było takich szans przed Patrickiem. Pewnie widział aury wszystkich zgromadzonych i doskonale wiedział, jak mocno odbiła się na nich poranna wycieczka. A jej własna na pewno przybladła, od skradzionej energii, i wkradły się w nią nitki szarości i takie, które wskazywały na zamęt w głowie i sercu.
Z dwojga złego jednak jego wiedzę na pewne tematy było jej zaakceptować łatwiej niż kogokolwiek innego.
- Wszyscy żyjemy. Mogło być gorzej - powiedziała do Stewarda cicho i uśmiechnęła się do niego, bo przecież ostatecznie: naprawdę wszystko skończyło się dobrze, a teraz byli tutaj.
- Moi drodzy, mam tutaj jeszcze coś dla wszystkich! - zawołała, unosząc nieco głos i otwierając drugie pudełko, to którego nie wręczyła Norze.. Wypełniały je wianki, zaklęte tak, aby przetrwały te parę godzin nim później zaczną więdnąć. - To w końcu Litha, co to za Litha bez wianków? Wprawdzie nie mamy tu żadnej wody, na którą mogą puścić je panny, a kawalerowie wyławiać... ale ehem, może to nawet lepiej. Obiecuję, że mają w sobie tylko odrobinę absolutnie niewinnej magii, kto chce niech się częstuje - powiedziała. Nie wspomniała o Beltane wprost, nie chcąc przywoływać ech święta, ale tak, to z powodu tamtych nieszczęsnych wianków - o których sama teraz znowu pomyślała, choć bardzo, bardzo nie chciała - zapewniała, że te nie są magiczne. I wolała, by nikt ich nie wyławiał z wody.
W środku były wianki z różnych kwiatów: znalazły się tu i taki z róż, i taki z bratków, i z fiołków, i hiacyntów, i z lawendy, i innych kwiatów. Sama Brenna wyciągnęła wianek z koniczyny i nasadziła go sobie na ciemne, splątane włosy. Jakoś... sięgnęła po niego odruchowo, bo koniczyna pasowała jej jakoś bardziej do niej same niż te wszystkie barwne kwiaty.
- A ten jest dla Mabel - dodała, odkładając jeden na bok, by Nora mogła przekazać go później dziewczynce: bo była to ozdoba zaklęta tak, by w tym wypadku kwiaty nie zwiędły wcale. – I oczywiście, że zaraz dobiorę się do tych pączków – zapewniła jeszcze, bo gdyby nie wzięła chociaż jednego, Nora gotowa by uznać, że Brenna jest umierająca. Na razie jednak obeszła pomieszczenie, wręczając wianek każdemu, kto sobie go zażyczył. Przywitała się i z Lady, zerkając, co kotka kombinuje – chociaż na jej widok serce Bren ścisnęło się z żalu, bo wciąż pamiętała wylegującego się na tym parapecie Salema.
- W takim razie jeżeli będziesz wiedziała, gdy zabawa się skończy, daj znać - powiedziała łagodnie. Nie chciała się narzucać, ale to "sama nie wiem" sprawiało, że czuła podskórnie, że być może jednak Avelina rozmowy potrzebuje. Ale w tej chwili nie była na to pora.
Brenna nie malowała się na co dzień, do pracy czy w Dolinie, ale na okazje nie miała oporów. Teraz użyła jedynie pudru - nie pierwszy raz w ostatnim czasie, ot cudownie krył on wszelką bladość czy sińce i dzięki temu nie dało się poznać, że jest niewyspana. Po tym, jak Brenna wręczyła Norze prezent, odsunęła się, pozwalając złożyć życzenia Stewardowi i Erikowi. A kiedy ten pierwszy się do niej odezwał, uśmiechnęła się po prostu. Mogła udawać, że wszystko w stu procentowym porządku przed Aveliną, przed Norą, nawet przed własnym bratem, ale nie było takich szans przed Patrickiem. Pewnie widział aury wszystkich zgromadzonych i doskonale wiedział, jak mocno odbiła się na nich poranna wycieczka. A jej własna na pewno przybladła, od skradzionej energii, i wkradły się w nią nitki szarości i takie, które wskazywały na zamęt w głowie i sercu.
Z dwojga złego jednak jego wiedzę na pewne tematy było jej zaakceptować łatwiej niż kogokolwiek innego.
- Wszyscy żyjemy. Mogło być gorzej - powiedziała do Stewarda cicho i uśmiechnęła się do niego, bo przecież ostatecznie: naprawdę wszystko skończyło się dobrze, a teraz byli tutaj.
- Moi drodzy, mam tutaj jeszcze coś dla wszystkich! - zawołała, unosząc nieco głos i otwierając drugie pudełko, to którego nie wręczyła Norze.. Wypełniały je wianki, zaklęte tak, aby przetrwały te parę godzin nim później zaczną więdnąć. - To w końcu Litha, co to za Litha bez wianków? Wprawdzie nie mamy tu żadnej wody, na którą mogą puścić je panny, a kawalerowie wyławiać... ale ehem, może to nawet lepiej. Obiecuję, że mają w sobie tylko odrobinę absolutnie niewinnej magii, kto chce niech się częstuje - powiedziała. Nie wspomniała o Beltane wprost, nie chcąc przywoływać ech święta, ale tak, to z powodu tamtych nieszczęsnych wianków - o których sama teraz znowu pomyślała, choć bardzo, bardzo nie chciała - zapewniała, że te nie są magiczne. I wolała, by nikt ich nie wyławiał z wody.
W środku były wianki z różnych kwiatów: znalazły się tu i taki z róż, i taki z bratków, i z fiołków, i hiacyntów, i z lawendy, i innych kwiatów. Sama Brenna wyciągnęła wianek z koniczyny i nasadziła go sobie na ciemne, splątane włosy. Jakoś... sięgnęła po niego odruchowo, bo koniczyna pasowała jej jakoś bardziej do niej same niż te wszystkie barwne kwiaty.
- A ten jest dla Mabel - dodała, odkładając jeden na bok, by Nora mogła przekazać go później dziewczynce: bo była to ozdoba zaklęta tak, by w tym wypadku kwiaty nie zwiędły wcale. – I oczywiście, że zaraz dobiorę się do tych pączków – zapewniła jeszcze, bo gdyby nie wzięła chociaż jednego, Nora gotowa by uznać, że Brenna jest umierająca. Na razie jednak obeszła pomieszczenie, wręczając wianek każdemu, kto sobie go zażyczył. Przywitała się i z Lady, zerkając, co kotka kombinuje – chociaż na jej widok serce Bren ścisnęło się z żalu, bo wciąż pamiętała wylegującego się na tym parapecie Salema.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.