— To dopiero lojalność względem obecnego rządu — sarknął, nie spodziewając się w gruncie rzeczy takiej opinii ze strony kuzynki. — Ale tak, ma rację. Nie wysłało nas tutaj Ministerstwo. A miejsce do którego traficie, będzie dużo lepiej chronione, niż zwykłe lokale oferowane przez aurorów i Brygadę Uderzeniową.
Co jak co, ale lokum Longbottomów, jak i kryjówka Zakonu Feniksa dosyć się wyróżniały na tle zwykłych kryjówek oferowanych czarodziejom i czarownicom przez Ministerstwo Magii. Nie mówiąc już o tym, że para nie mogłaby sobie wyobrazić lepszych strażników od całej tej zbieraniny, jaka obecnie zamieszkiwała Warownię. Nie wspominając nawet o gościach, którzy często do nich wpadali, którzy wyróżniali się równie rozwiniętymi umiejętnościami magicznymi. I taktycznymi.
Niestety, niedane im było nawiązać dłuższej rozmowy, bo wtedy Heather zauważyła w oknie coś, czego Erikowi nie było dane. Tak to jest, jak ma się prawie trzydziestkę na karku. Jednak, co młode oczy, to młode oczy... Na dźwięk swojego imienia, Longbottom momentalnie podniósł głowę i zbliżył się do ich do-niedawna-zaginionych znajomych.
— One wszystkie są takie same — mruknął pod nosem, gdy Mavelle pobiegła w stronę najbliższego wyjścia. Gdyby Brenna ją teraz widziała, to na pewno nie posiadałaby się z dumy. Tak to jest, jak dzieciaki wychowują się w wielopokoleniowym domu pełnym aurorów i brygadzistów. — ROBI SIĘ! — Zwrócił się w stronę Catherine i Jona. — Trzymajcie się mocno. Oby mocno nie trzęsło.
Nie było na co czekać. Momentalnie pożałował, że nigdy nie wziął udział w ćwiczeniach z teleportacji łącznej. W tej chwili nadzwyczaj by się mu przydała. Chwilę później nawiedziła go kolejna nieprzyjemna myśl: co by się stało, gdyby podczas podróży siecią Fiuu ten kominek by się zawalił, bo ktoś rozwaliłby cały dom? Czy połączenie zostałoby zerwane, a może magia zadbałaby o to, aby dotarli na miejsce w jednym kawałku? Erik pokręcił głową. To naprawdę nie był czas na takie przemyślenia.
Ignorując potencjalne protesty ze strony Cat i Jonathana, chwycił ich za ręce i wszedł do kominka. Wcześniej zabrał z półki nad kominkiem resztki magicznego proszku, aby koniec końców sypnąć nim pod nogi, podając punkt docelowy ich podróży: Warownia w Dolinie Godryka. Oby tylko nie trafili w sam środek rodzinnego obiadu. I oby rodzice nie mieli akurat gości, którzy chcieli się rozgrzać przy ogniu...
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞