To bardzo niebezpieczne życzenie - by ziemia cię pochłonęła. Drzewa zakryły korzeniami, liście oplotły i zatopiły w przemijającej zieleni. Szczególnie, kiedy myślisz o Śmierci jak o własnym bracie. Zakopać się w pachnącej glebie, której nawet się nie lubiło, pełnej robaków, które cię zjedzą, zostanie po tobie tylko kość, a nawet cały ich stos. Puścić. Puścić siebie. Cain mógłby tę myśl złapać. Tak jak mógłby trzymać Flynna i dać się tym korzeniom wciągnąć. Zaznać absolutnej ciszy. Nie gonić już za nikim i za niczym. Nie bać się o nic. Nie romantyzował śmierci - za wiele jej widział. Ale powitałby ją jak starą przyjaciółkę. Stanowił w tej przyjaźni idealną przeciwwagę dla Fleamonta, który chciał zatrzymać wszystko przy sobie jak najdłużej i jak najbliżej. Przeciwwagę dla jego niecierpliwości i niestabilności. Wszystko to, co kochasz, powinno koło ciebie chodzić swobodnie. Tak jak kot, którego nie ma cały dzień, wróci na noc. A jeśli nie wrócił oznaczało to, że coś złego mu się stało. Lub jak w przypadku Flynna - mogło się stać. Winić siebie czy jego - jaki to miało sens? Flynna nie trzeba było za nic obwiniać, on wystarczająco już winił siebie samego. Trzaskał się batem i kamieniował, sięgał do swoich tragedii i niby przed nimi uciekał, a potem, w ciemnościach, skręcał się z samotności. Nie potrafił uwierzyć, że teraz nikogo nie ma, a jednak nie miał odwagi zapytać przez cały ten czas, czy jednak ma. Wolał udawać, że to tutaj jest okej i że nie będzie jakiegoś złamanego serca (kolejnego) dlatego, że pojawił się obrzydliwy element zdrady. Cain na to przymykał oko prawie tak samo, jak przymykał oko na to, co Wrona robiła w tamtym czasie i udawał, że nie wie, nie widzi, nie domyśla się. Samotność była śmiercią tej Wrony. Nawet nie jej wrogiem, bo żeby nazwać kogoś wrogiem trzeba chociaż mieć nadzieję, że dasz radę tę siłę pokonać. Tymczasem ona była katem. Wyznaczała każdą słabość do doświadczenia i wbijała ją kołkiem w serce, wypalała żelazem, aż mózg nie łapał się w końcu potrzeby, żeby zabić tę samotność w cudzych ramionach. Żeby się przylepić i... dać się zakopać olchom i wierzbom.
- Twoim seksapilem byłoby grzech się nie chwalić. - Uśmiechnął się na ten żart, no dobrze, jeden zero dla Flynna. Mężczyzna niby był taki niewygadany, niby miał takie problemy się dobrze wysłowić, a jak ci puścił wiązankę to człowiek nie wiedział, co powiedzieć i gdzie się podziać. - Łał... ale musiałem sobie zasłużyć na tyle komplementów. - Ten uśmiech przybrał formę niemal błogiego, a na pewno całkowicie odprężonego. No bo właśnie - kto komplementów nie lubił? Ale kiedy szukał w głowie jakiegoś dobrego - nie potrafił go znaleźć. Tak jak nie potrafił wyjaśnić tego, dlaczego Flynn działał na niego w taki, kurwa, zwierzęcy wręcz sposób. Czemu go aż tak uruchamiał i z czego to wynikało. Zastanawiał się nad tym wiele razy, spoglądając na innych mężczyzn jak i na kobiety - nie widział tego. Nie czuł tego. Czego im brakowało? Bycia Flynnem? Jakoś nikt nie był wielce atrakcyjny, potrafił ocenić, że są ładni, ładne, przystojni, urocze - wszystko to było na swoim miejscu. Nazwał więc to w swojej głowie dokładnie tak, jak dzisiaj powiedział - że jest Flynoseksualny. - Gdybym był lepszy w recytacji, może właśnie wychwalałbym twoją urodę jak Kleopatra Antoniusza w dziele Szekspira. - Ale artystyczne pierdy, śpiewania, recytacje... nie czuł się w tym ani pewnie, ani dobry, zawsze to albo przekoloryzowane, albo za bardzo rozdmuchane. Dziwne. Niektórzy mieli jednak do tego talent.
- Jestem takim specjalnym płatkiem śniegu. Chyba niezbyt popularny kolor. - Zażartował z tym płatkiem śniegu, bo wcale się za takowego nie uważał, ale sam nie widział wielu osób z takim kolorem, to był fakt. Pozwolił Flynnowi na te oględziny, sam zaciekawiony jego zaciekawieniem. To musiało być coś wyjątkowego - widzieć prawdziwy kolor. Nie zastanawiać się, do czego te oczy są podobne, bo nie musiał, były dokładnie takie. - Do twarzy ci w dłuższych włosach. - A szarpanie ich to jakaś pojebana przyjemność. Wiadome było, czemu faktycznie Flynn powtarzał, że tylko idioci mają dłuższe włosy. Cain był bardzo monotonny zarówno w garderobie, jak i w strzyżeniu włosów. Gdyby mógł to kupiłby dwadzieścia takich samych koszul na zmianę, ale tylko myśl o tym, żeby nie nazywali go potem jakimś brudasem, że ciągle w tym samym chodzi, go przed tym powstrzymywała. Co powie społeczeństwo - to był prawdziwy koszmar, ta myśl, te uwagi, te poprawki, jakie się brało, kiedy się ubierałeś czy robiłeś cokolwiek. Nie był przewrażliwiony na tym punkcie, ale wymuszał na sobie pewne trzymanie się norm.
Pigmeje byli prawdziwie niewrażliwymi chujami na bolączki i tragedie tego świata, ale co zrobisz. Nie wychowasz ich od zera. Zresztą wystarczająco zachodu było z wychowywaniem jednego Flynna.
- Tam? W Limbo? - Czy może na polanie ognisk. Wyczuł ten niespokojny ruch Edga, więc uspakajająco przejechał parę razy dłonią po jego plecach. - Cokolwiek tam jest jest na pewno ciszej i spokojniej niż tutaj. - Cain widział w lustrze Bletchleyów pokazujących największe pragnienia kiedyś nagrobek. Swój własny. Można to było odebrać całkiem źle, jakby pragnął śmierci, ale to nie było takie dosłowne. On nie miał nic przeciwko niej. Ale tylko śmierć wydawała się cicha w tym wszystkim. Bezgłośna. Nieuchronne zakończenie historii, a on chciał doprowadzić swoją historię do końca. Umrzeć może na jakimś zadupiu chroniąc kogoś. Bezgłośnie. Może nawet nie znaleźliby jego ciała, zeżarłyby go dzikie psy. Nie potrafił odnaleźć strachu w tych wizjach. Były tak samo naturalne jak to, że codziennie wstawało się do pracy czy myło zęby. - Napalmu? - Uniósł jedną brew, patrząc na Flynna. Znając jego to jakaś ciekawostka rodem ze świata mugoli. Ale to nic. Załapała reference. - Gdyby to było takie proste to świat byłby już lepszym miejscem. A ja nawet nie wiem, czy któryś z aurorów kiedyś nie przetrąci mi karku. - I to już było straszne. Zdradza. To, jak ludzie potrafili funkcjonować, jak zepsute potrafiły być myśli i umysły. W końcu ich też były zepsute.
Cain zaczął powoli się podnosić, czując, że koszula się do niego lepi, że capi, że potrzebuje kąpieli i... snu. Dużo snu. Choć wcale nie był przekonany, że będzie spał spokojnie po tym dniu. Tak, koniec. Nie każdą szklankę można zgnieść i zniszczyć, żeby zostawić na niej krople własnej krwi. Choć na pewno każdą można spróbować. Szczególnie, kiedy samodzielność nie należała do tych dobrych stron.
- Daj znać, kiedy masz ten występ, czy tam... macie. Przyjdę. - Pamiętał. No oczywiście, że pamiętał.