29.11.2023, 13:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.11.2023, 13:43 przez Brenna Longbottom.)
rzut na scenariusz
- Nie wiedziałaś, że będziesz coś sprawdzać - powiedziała Brenna... chociaż tak naprawdę chodziło o coś innego. Kiedyś też znikała bez słowa. Teraz nie mogła. Nie, kiedy wszyscy byli w niebezpieczeństwie. I nie, kiedy były osoby, które po prostu zawsze musiały mieć możliwość znalezienia jej.Wysłuchała słów Quirke z pewnym zamyśleniem, spoglądając w mrok korytarza. Nie chciała pomagać żadnej czarodziejce. Chciała wyprowadzić stąd Olivię i upewnić się, że nikt więcej nie skończy w pułapce. Zawahała się, ale po chwili zsunęła plecak z ramion. - My nie zgubimy się i nie skończymy jako szkielety - oświadczyła, bardzo pewnie: tak pewnie, że wydawało się, że naprawdę w to wierzy. Wyciągnęła z plecaka długi nóż i wydrapała znak na ścianie.Jeżeli nawet zgubią drogą, wrócą w najgorszym razie po własnych śladach.Ruszyła korytarzem powoli, co jakiś czas sprawdzając drogę przed nimi czy to rzucając ponownie jakimś kamieniem, czy też szepcąc inkantację revelio. Z początku nic się nie działo i nie natknęły się ani na żaden szkielet, ani na żadne rozgałęzienia. W końcu jednak droga faktycznie rozdwoiła się na dwoje. Brenna na wszelki wypadek oznaczyła korytarz i zaklęciem, i pionowym nacięciem na ścianie, a dodatkowo odnotowała w pamięci, w którą stronę skręciły.
W miarę, jak zagłębiały się w ciemność, w uszach Brenny rozbrzmiewał jednak coraz głośniejszy szum morza. Z początku myślała, że dobiega gdzieś z zewnątrz - ale potem, przez moment, gdy mrugnęła, zdawało się jej, że woda zalewa podłoże. Przesunęła palcami po ścianie i odetchnęła, gdy zdała sobie sprawę z tego, że Olivia mogła mieć rację - że w książce było ziarno prawdy.
Szepty rozbrzmiały gdzieś za nią, dobiegły z jednego z kolejnych odgałęzień korytarzy.
Zawiedziesz ich.
Ponownie nacięła nożem ścianę. Ruch jej ręki był pewny, twarz, widoczna w świetle lumos - które przygasło, drażało, ale wciąż oświetlało im drogę - była poważna, ale spokojna. Przynajmniej pozornie.
Voldemort wygra.
Twoja rodzina zginie.
Poślesz ich na śmierć.
- Obawiam się, że fragment z omamami mógł być prawdziwy - powiedziała cicho, zwracając spojrzenie ku Olivii. Trzymała się jeszcze: nie pozwalała, by głosy wsączyły w umysł truciznę, by wypowiadane przez nie lęki odebrały siłę, ale to wcale nie było łatwe. - W porządku, Livia?
Magia ognia nigdy od ciebie nie odejdzie.
Ale nie wszystko jest dla każdego, prawda?
Pokręciła głową, trochę wstrząśnięta nie tyle samymi słowami, ile tym, że te ostatnie brzmiały, jakby wypowiedział je Frank, syn jej kuzyna. Ale Franka tu nie było. A ona, do cholery, wróci do niego: wróci do rodziny, nie zniknie w tej ciemności, bo może i nie była dla nich niezbędna, ale na pewno była potrzebna.
Czy nie łatwiej usiąść tutaj i zasnąć...?
- Nie - mruknęła z nagłą złością, bo nie, na pewno nie. Miała do kogo wracać. Tak nie było łatwiej. A nawet gdyby było łatwiej, nie mogłaby dokonać takiego wyboru.
Rozproszenie pod edycję posta, na ile te omamy ją dopadną
- Nie wiedziałaś, że będziesz coś sprawdzać - powiedziała Brenna... chociaż tak naprawdę chodziło o coś innego. Kiedyś też znikała bez słowa. Teraz nie mogła. Nie, kiedy wszyscy byli w niebezpieczeństwie. I nie, kiedy były osoby, które po prostu zawsze musiały mieć możliwość znalezienia jej.Wysłuchała słów Quirke z pewnym zamyśleniem, spoglądając w mrok korytarza. Nie chciała pomagać żadnej czarodziejce. Chciała wyprowadzić stąd Olivię i upewnić się, że nikt więcej nie skończy w pułapce. Zawahała się, ale po chwili zsunęła plecak z ramion. - My nie zgubimy się i nie skończymy jako szkielety - oświadczyła, bardzo pewnie: tak pewnie, że wydawało się, że naprawdę w to wierzy. Wyciągnęła z plecaka długi nóż i wydrapała znak na ścianie.Jeżeli nawet zgubią drogą, wrócą w najgorszym razie po własnych śladach.Ruszyła korytarzem powoli, co jakiś czas sprawdzając drogę przed nimi czy to rzucając ponownie jakimś kamieniem, czy też szepcąc inkantację revelio. Z początku nic się nie działo i nie natknęły się ani na żaden szkielet, ani na żadne rozgałęzienia. W końcu jednak droga faktycznie rozdwoiła się na dwoje. Brenna na wszelki wypadek oznaczyła korytarz i zaklęciem, i pionowym nacięciem na ścianie, a dodatkowo odnotowała w pamięci, w którą stronę skręciły.
W miarę, jak zagłębiały się w ciemność, w uszach Brenny rozbrzmiewał jednak coraz głośniejszy szum morza. Z początku myślała, że dobiega gdzieś z zewnątrz - ale potem, przez moment, gdy mrugnęła, zdawało się jej, że woda zalewa podłoże. Przesunęła palcami po ścianie i odetchnęła, gdy zdała sobie sprawę z tego, że Olivia mogła mieć rację - że w książce było ziarno prawdy.
Szepty rozbrzmiały gdzieś za nią, dobiegły z jednego z kolejnych odgałęzień korytarzy.
Zawiedziesz ich.
Ponownie nacięła nożem ścianę. Ruch jej ręki był pewny, twarz, widoczna w świetle lumos - które przygasło, drażało, ale wciąż oświetlało im drogę - była poważna, ale spokojna. Przynajmniej pozornie.
Voldemort wygra.
Twoja rodzina zginie.
Poślesz ich na śmierć.
- Obawiam się, że fragment z omamami mógł być prawdziwy - powiedziała cicho, zwracając spojrzenie ku Olivii. Trzymała się jeszcze: nie pozwalała, by głosy wsączyły w umysł truciznę, by wypowiadane przez nie lęki odebrały siłę, ale to wcale nie było łatwe. - W porządku, Livia?
Magia ognia nigdy od ciebie nie odejdzie.
Ale nie wszystko jest dla każdego, prawda?
Pokręciła głową, trochę wstrząśnięta nie tyle samymi słowami, ile tym, że te ostatnie brzmiały, jakby wypowiedział je Frank, syn jej kuzyna. Ale Franka tu nie było. A ona, do cholery, wróci do niego: wróci do rodziny, nie zniknie w tej ciemności, bo może i nie była dla nich niezbędna, ale na pewno była potrzebna.
Czy nie łatwiej usiąść tutaj i zasnąć...?
- Nie - mruknęła z nagłą złością, bo nie, na pewno nie. Miała do kogo wracać. Tak nie było łatwiej. A nawet gdyby było łatwiej, nie mogłaby dokonać takiego wyboru.
Rozproszenie pod edycję posta, na ile te omamy ją dopadną
Rzut Z 1d100 - 40
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.