29.11.2023, 16:36 ✶
- Wyobrażam sobie waszą epicką walkę o kierownicę i to, jak wszystkimi by przy tym zarzucało - stwierdziła Brenna. Ona sama szaleńczą jazdę magicznym autobusem znosiła całkiem nieźle, ale też rozumiała, że niektórym może przeszkadzać, kiedy siedzisz na łóżku, którym rzuca na wszystkie strony. I korzystała jednak z usług Błędnego Rycerza rzadko - preferowała teleportację, bo ta po prostu była najszybszym środkiem transportu. A ona nie lubiła tracić czasu.
Jej usta ułożyły się w uśmiech, kiedy Mav wspomniała o Eriku w złotej klatce. A potem na moment ten uśmiech przybladł nieco, gdy pomyślała o tym, jak krążyły we dwie nocą w pobliżu jego kryjówki. Ale zaraz wsunęła do ust czereśnię, jej słodkim smakiem zwalczając gorycz związaną z faktem, że Erik każdej pełni faktycznie siedział w klatce.
- Skoro za kolację z nim płacą dwadzieścia tysięcy galeonów, za chwilę rozmowy zapłacą dziesięć - oświadczyła, rzecz jasna nie na poważnie.
Myśli Brenny też biegły mimowolnie do dawnych chwil, dawnych poranków, wakacyjnych dni, kiedy wspominała się na te drzewa. Powinna się cieszyć: że wciąż tutaj są, że we dwie zbierają czereśnie, że w domu śpią Erik, Dani i Lucy, że ciągle się dogadują, choć są dorośli, a to było przecież rzadkie pośród dzieciarni, która razem się wychowywała. I... cieszyła się tym naprawdę, nawet jeżeli od Beltane ciężej niż zwykle było zapomnieć o całej reszcie, o czającym się mroku, o pustym pokoju na piętrze, czekającym aż opróźnią go z rzeczy wuja.
- Tak. Doradziłam mu, żeby dawał im marchewki zamiast róży. Wciąż uważam, że była to absolutnie genialna porada… chociaż może dlatego wciąż jest kawalerem, bo wziął ją sobie do serca - stwierdziła żartobliwym tonem. – Hej, to moje czereśnie! – zaprotestowała z udawanym oburzeniem, gdy czereśniowy wir został przyciągnięty przez Mavelle. Też uniosła różdżkę, szepcąc zaklęcie przyciągające i walczyły tak przez moment, a setki czereśni wirowały pomiędzy nimi, aż w końcu kilka z nich, zbyt mocno wezwanych mocą czaru, walnęło Brennę w twarz i opadło na ziemię. Gałgan szczeknął ponaglająco, biegając na dole, niezadowolony i z tego, że one wciąż są na górze, i z tego, że tak wspaniałe „zabawki” latają poza jego zasięgiem.
– To chyba sygnał, że pora zabrać to wszystko do kuchni, przygotować obiad i zebrać się, bo minęła siódma – oceniła Brenna, zerkając na zegarek. Machnięciem różdżki posłała fruwające czereśnie do miski, a potem zsunęła się na niższą gałąź i zeskoczyła z drzewa wprost na trawę, wciąż jeszcze wilgotną od rosy.
Jej usta ułożyły się w uśmiech, kiedy Mav wspomniała o Eriku w złotej klatce. A potem na moment ten uśmiech przybladł nieco, gdy pomyślała o tym, jak krążyły we dwie nocą w pobliżu jego kryjówki. Ale zaraz wsunęła do ust czereśnię, jej słodkim smakiem zwalczając gorycz związaną z faktem, że Erik każdej pełni faktycznie siedział w klatce.
- Skoro za kolację z nim płacą dwadzieścia tysięcy galeonów, za chwilę rozmowy zapłacą dziesięć - oświadczyła, rzecz jasna nie na poważnie.
Myśli Brenny też biegły mimowolnie do dawnych chwil, dawnych poranków, wakacyjnych dni, kiedy wspominała się na te drzewa. Powinna się cieszyć: że wciąż tutaj są, że we dwie zbierają czereśnie, że w domu śpią Erik, Dani i Lucy, że ciągle się dogadują, choć są dorośli, a to było przecież rzadkie pośród dzieciarni, która razem się wychowywała. I... cieszyła się tym naprawdę, nawet jeżeli od Beltane ciężej niż zwykle było zapomnieć o całej reszcie, o czającym się mroku, o pustym pokoju na piętrze, czekającym aż opróźnią go z rzeczy wuja.
- Tak. Doradziłam mu, żeby dawał im marchewki zamiast róży. Wciąż uważam, że była to absolutnie genialna porada… chociaż może dlatego wciąż jest kawalerem, bo wziął ją sobie do serca - stwierdziła żartobliwym tonem. – Hej, to moje czereśnie! – zaprotestowała z udawanym oburzeniem, gdy czereśniowy wir został przyciągnięty przez Mavelle. Też uniosła różdżkę, szepcąc zaklęcie przyciągające i walczyły tak przez moment, a setki czereśni wirowały pomiędzy nimi, aż w końcu kilka z nich, zbyt mocno wezwanych mocą czaru, walnęło Brennę w twarz i opadło na ziemię. Gałgan szczeknął ponaglająco, biegając na dole, niezadowolony i z tego, że one wciąż są na górze, i z tego, że tak wspaniałe „zabawki” latają poza jego zasięgiem.
– To chyba sygnał, że pora zabrać to wszystko do kuchni, przygotować obiad i zebrać się, bo minęła siódma – oceniła Brenna, zerkając na zegarek. Machnięciem różdżki posłała fruwające czereśnie do miski, a potem zsunęła się na niższą gałąź i zeskoczyła z drzewa wprost na trawę, wciąż jeszcze wilgotną od rosy.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.