Pośród tych parszywych elementów jej niedoskonałości zawierał się cały czar; faktycznie bytowanie i bycie realną, z krwi i kości, o policzkach pełnych i rumianych, czarnej kotarze włosów rozwichrzonej, i tej przeklętej siateczce piegów, która nabierała na wydatności przy bliższym rzuceniu okiem. Była jednocześnie wyzwaniem i choć sama lubiła się tak tytułować – jej skalana opinia, nie szargająca bynajmniej jej egocentrycznej potrzeby bycia na językach, mówiła, jakoby była niedostępna i choć miękko się uśmiechała, a stukot jej pantofelków niósł się po hogwardzkich korytarzach, było w niej coś zimnego; coś, z czym człowiek się rodzi i niezależnie od pogodnej uwertury wyziera z kości. Musiała być obdarowywana cierpliwością, bo im bardziej się zbliżała, tym dalej umykała – zupełnie, jakby chciała być goniona.
Była perfidna w swoim działaniu, z premedytacją przeciągając tę strunę; tę jedną jedyną, która świadczyła o resztkach pohamowania. Loretta nie musiała się przejmować opinią, na wzór tego, jak Anthony drżał pod ciężkim wyrokiem jej bliźniaka, o którym powiedzieć, że byłby niepocieszony dowiadując się o podbojach Borgina, to solidne niedopowiedzenie. Louvain był od dawien jej najbliższy; byli w końcu nieodzownie przywiązanym do siebie rodzeństwem, chodzącym pod rączkę od czasów dziecięcych – i choć to ona głównie odstraszała panny kręcące się wokół bliźniaka, ten również ochraniał ją przed typami spod ciemnej gwiazdy; nawet, jeśli Anthony taki nie był i na takiego nie aspirował.
I dopiero gdy odsunął się od niej, złapała solidny wdech, dotykając opuszkami palców zaczerwienione wargi, jeszcze niedawno pozostające w miłosnym uścisku z borginowymi. Parszywy uśmiech wstąpił po chwili na dokładnie te, nieprzejednane; coś w niej drżało, chcąc ogniście aby pocałował ją raz jeszcze. Aby ponownie wydobył westchnięcie z jej ust, aby zacisnął dłonie na jej miękkich udach i aby przygryzł dolną wargę w ten sposób, który sprawiał, że coś gorliwie się w niej rozpalało.
– Ja? Ja, Borginie, jestem przykładną panną – rzuciła sarkając, pozwalając ustom zająć się wpełzającym z wolna, pełnym satysfakcji uśmiechu.
Uniosła po chwili oczy na Martę, która wyraźnie wzburzona pytaniem, jęknęła przeraźliwie.
– Naprawdę pytasz o mój straszny los? Niech pomyślę… – zaczęła płaczliwym tonem, dokładnie jakby miała zrosić rzęsistymi łzami posadzkę łazienki. Uniosła się, aby wylądować między nimi, wzrokiem klejąc się wciąż do Anthony’ego. – To było straszne! Naprawdę straszne… Widziałam parę dziwnych oczu, a potem nic! To było gdy on… Ten czarodziej… Och, od razu chce mi się płakać – zawodziła. – I że też nie miałam okazji poznać za życia tak przystojnego chłopaka – zagaiła zalotnie do Borgina.
Szkic prędko wyszedł spod jej dłoni, zupełnie jakby rysowała go od niechcenia – w tym jednak zawierał się pewien niebagatelny urok jej tworów. Gdy ukończyła, wyrwała kartkę i odrobinę pogryziony na krawędziach kawałek papieru wręczyła mu do rąk.
Zsunęła się z krawędzi umywalki, podchodząc doń ponownie niebezpiecznie blisko. Wymykając się na palce – była w końcu dobitnie niska – zawisła nad jego wargami o milimetry; tak, że poczuła jego ciężki oddech na swoich ustach.
– Jutro w wieży astronomicznej. Złap mnie, jeśli potrafisz – wyszeptała i nieomal jak na wezwanie, jeden z nauczycieli otworzył drzwi do łazienki, uwalniając ich z konieczności przebywania we własnej dusznej atmosferze.
Odsunęła się i skocznym krokiem opuściła pomieszczenie, zostawiając Borgina samego z własnymi myślami… oraz z Martą.