Ostatnie tygodnie spędziła na rozdrożu; emocje budowane wewnątrz, tak głęboko osadzone, że nieomal niewidoczne na pierwszy rzut oka, zaczęły wieść buńczuczny prym, okazując się na tyle istotnymi, że spędzały jej sen z powiek, nie pozwalając oddać się w ramiona Morfeusza. I choć od zawsze miała problem z umknięciem ku gwiazdom w porze sennie bezsennej, gdy odnajdywała się tylko w zapachu piżma i cierpkiej, zielonej herbaty – tym razem było zgoła inaczej. Pod membraną powiek przewijał się kalejdoskop emocji, których nie zaznała w swoim życiu; i choć znajome jej były w teorii, tak praktyczne obchodzenie się z ich kruchością przerastało ją wielokrotnie.
Kobiety w takich momentach najczęściej płakały; Lycoris jednak, w niczym nie przypominała większości z nich.
Pewne chwile były nieodwołalne; pewne momenty musiały zaistnieć na kanwie życiorysu i choć Black przekładała ten moment w niebyt, oczywistym było, że jego kometa prędko rozbije się tuż u jej stóp. Odraczała te sekundy, które miały być decydujące; które powiedzą prędko, staccato, na czym ich relacja ma stanąć. Nie chciała niszczyć przyjaźni – nawykł w końcu do jej cynicznego stylu bycia, zblazowanej mimiki i wiecznie znudzonej postawy – uczucia znaczące tyle, co nic, nagle urosły do rangi abstraktu.
– Rozumiesz? Naprawdę rozumiesz? Bo ja nie. Nie wiem co się dzieje – odparła odrobinę oschle, nie odpychając go jednak od siebie, pozwalając się przyciągnąć.
Ciepło jego dłoni było przyjemne.
Zmarszczyła brwi na jego słowa; czy były faktycznie przemyślane?; czy nie zawierała się w nich niepewność?; czy zdawał sobie sprawę, co nimi wyrażał i jaki ogrom bagażu miało to wnieść do ich znajomości? Nagle ogarnął ją absurdalny lęk.
Lęk, że ją zostawi.
– Po prostu pozwólmy temu płynąć – powtórzyła po nim tonem dziwnie miękkim; już nie tak oschłym i ochrypłym jak w prozie codzienności.
Gdy przysunął się do niej tak blisko, że oddechy zmieszały się nieomal, zamarła w bezruchu. Trwała tak przez dłużące się sekundy, niepewna tego, czy istnieje w stanie rzeczywistym, czy znalazła się na krańcu gwiazd, wepchnięta w miraże senne. Dławiło ją to okrutnie, a przez umysł przebiegła chorda myśli, których nie potrafiła w żaden sposób uporządkować. Tak było łatwiej: zamykać je w szklanej butelce wspomnień i posyłać nurtem rzecznym.
Teraz jednak, było zupełnie inaczej.
Przymknęła powieki, wspinając się na palce, łącząc ich usta w miłym, miękkim dotyku. Ułożyła dłonie na jego policzkach, sunąc kciukami po szczytach kości jarzmowych, zdobywając się na nietypową sobie czułość.
Wszystko było jak sen.
W szczególności jego dłonie oplatające ją ciasno w talii, ciepłe usta zetknięte z jej, smakujące słodko i niewinnie; tak, jakby były utkane z brylantów nieba i może trochę z niebytu, bo ich smaku określić nie potrafiła. Wiedziała tylko, jak dopasowane są do jej, zupełnie jakby zostały stworzone do połączenia się. Pocałunek, zawierający się w martwej ciszy, wzburzył krew szumiącą w uszach i tętent niepokornego serca - tak, jakby nie było jutra.