Zawsze wydawało mu się, że w walce, na wojnie, to nie gwar był najbardziej przerażający. Nie krzyki gniewu czy bólu, agonalne jęki czy rozkazy wydawane ponad głowami tłumów. Najgorsza była cisza. Taka, jaka piszczała tutaj. Tylko te dźwięki normalnej życia, świst zaklęć, na początku kilka krzyków. Wszystko toczyło się w sekundach, a szare oczy dostrzegały wydłużające się minuty. Wywróżony sobie samemu upadek nadszedł bardzo szybko.
Nie miałby żalu, tak jak nie tkwił w nim strach w myśli, że przecież zaraz mogło się pojawić gorsze zaklęcie niż to, które pchnęło go na ziemię i lekkim paraliżem ogarnęło ciało. Stęknął, podpierając się asfaltu, po którym się przetoczył starając chronić głowę i twarz przede wszystkim. To był ten upadek. Po nim spodziewalibyśmy się zakończenia historii. Jednej z wielu w tej opowieści. Na szczęście dla niego samego kawaleria przybyła w odpowiednim momencie.
Pół leżąc, na kolanach, machnął różdżką w kierunku mężczyzn, licząc na to, że jeszcze zdąży ich złapać. Środkowego z nich, który wyglądał, jakby zaraz miał swoich towarzyszy stąd zabrać. Ktoś ich tutaj teleportował - czyżby tylko on potrafił? Jeśli nie to zawsze warto mieć chociaż jednego na miejscu. A może im się poszczęści i dostaną kilku rzezimieszków w swoje łapy.
Zostać tutaj ze swoimi kumplami. Rozbrzmiał rozkaz.
Slaby sukces...